Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 sierpnia 2007

"Jasminum" - recenzja filmu

0 komentarzy
Charakter filmów J.J Kolskiego jest zazwyczaj wyjątkowy. W Jaśminowie i jego świecie zapachów ich wonie przeplatają się z brudem tego świata. A mimo to króluje ład i co najistotniejsze harmonia z naturą.

Niechlujni mnisi zamieszkujący każdy osobną celę, tylko z sobie znanych powodów osiedli w zamkniętym zakonie. Pieczę nad tym wszystkim sprawuje brat Zdrówko. Dba on zarówno o ludzi i zwierzęta, które to możemy obserwować z prawdziwą pieczołowitością niczym w filmie botanicznym.

Ta symbioza człowieka z przyrodą tak częsta w obrazach Kolskiego przekonuje o jej siłach nadprzyrodzonych.

A wracając do spraw przyziemnych: pewnego dnia tą sielankę zakłóca przyjazd konserwatorki sztuki wraz z córką Eugenią. Ta z pozoru nic nie znacząca wizyta odmienia spokojne życie zakonników. Jednym pomaga się otworzyć, bo kontakt z dzieckiem wymaga wysiłku i cierpliwości u innych przywołuje wspomnienia i tęsknoty.

To inny niż większość, magiczny, wyciszający. Akcja toczy się własnym tempem jakby rytmem natury. Nie dziwi brak dynamizmu, ale tym samym zaskakuje, nie tylko zakończeniem.

Obsada:

Adam Ferency Ojciec Kleofas, Grażyna Błęcka-Kolska Natasza, Cezary Łukaszewicz Młody brat Czeremcha, Krzysztof Globisz Burmistrz , Janusz Gajos Brat Zdrówko, Franciszek Pieczka Święty Roch

"Dom nad jeziorem" recenzja filmu

2 komentarzy
Gdyby czas udało się zatrzymać lub cofnąć…byłoby prościej. Można jednak, jak się okazuje, odwrócić bieg historii, stanąć przeznaczeniu na drodze lub pomieszać losowi szyki.

Bohaterowie - mieszkańcy tytułowego domu nad jeziorem zamieszkiwali ten sam domek, ale w zupełnie innym czasie. Tym co ich połączyło i dzięki czemu nawiązali kontakt jest magiczna skrzynka na listy. Tam zaczyna się ich romantyczna gra, wymiana myśli i rodzi się uczucie.

To opowieść o przeznaczeniu, ale nie odgórnym gdzieś wysoko zapisanym w gwiazdach, ale o przeznaczeniu i przynależności sobie dwojga ludzi, którzy powinni się spotkać by siebie wzajemnie uszczęśliwić.

Retrospekcje i zakłócenia chronologii wprowadzają nieco niepewności i zamieszania, ale całość finalnie wydaje się spójna i pomysłowa. Co prawda nie równa się oryginałowi, bowiem jest to amerykańska wersja koreańskiego przeboju kinowego "Siworae", którego tytuł międzynarodowy brzmiał "Il Mare", ale film wart jest obejrzenia, choćby ze względu na obsadę;

Keanu Reeves : Alex Wyler

Sandra Bullock : Kate Forster

Christopher Plummer : Simon Wyler

Ebon Moss-Bachrach : Henry Wyler

Willeke van Ammelrooy : Matka Kate

Produkcja USA, 2006

środa, 11 kwietnia 2007

"Eragon"-recenzja filmu

0 komentarzy
Książka a film...jak to zazwyczaj z tym drugim bywa wielokrotnie gorszy. Tak niestety i tym razem. Tym bardziej, że to co najcenniejsze, magiczne i owiane tajemnicą, w "Eragonie" podane jest niemal jak kawa na ławę. Pominięto kluczowe wątki mogące zbudować napięcie, którego z pewnością temu filmowi brak. Spłycono całą historię do pojawienia się niczego nieświadomego tytułowego bohatera, znalezienia i wyklucia się z jaja- Saphiry, ich raczej mało "przygodowej" podróży oraz końcowej walki w obronie jednego z ludów i ogłoszenia Eragona bohaterem. Produkcje fantasty mają do siebie to, że są przesycone efektami specjalnymi, staranie dopracowane technicznie, często nowatorskie. Tu nawet forma nie może wzięć góry nad treścią, bo jej po prostu brak. Obie materie zostały zapomniane, tak jak te odrealnione krainy, postacie, potwory, które zamiast pobudzać wyobraźnie, powodują tęsknotę za książką(o ile ją wcześniej czytaliśmy?a warto:)!!!) i tym czego oczy nie powinny były zobaczyć, wtedy sercu przecież nie byłoby żal. I tak obraz staje się momentami nudnawy, mało dynamiczny, pogubione tempo nie sprzyja rozwojowi akcji. Celowe wycięcie i pominięcie niektórych motywów, z książki nastolatka, który podbił swoją historią o Smoczych Jeźdźcach świat, nie wyszło twórcom filmu na dobre. "Eragon" należy do jednych z najsłabszych obrazów ostatniego sezonu.

czwartek, 5 kwietnia 2007

Ulica marzycieli-recenzja książki Roberta McLiam'a Wilsona.

0 komentarzy

"Ulica marzycieli"- recenzja książki Roberta McLiam'a Wilsona.



"Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości" często od pierwszego zdania i te najbardziej nas urzekają, przenikamy w ich rzeczywistość już od pierwszych stron książki.

Mimo stagnacji i monotonii życia, jakie ukazuje nam autor biegnącego w Ulsterze, na
"Ulicy marzycieli" książkę czyta się płynnie i z zaciekawieniem. Co przyniesie nowy dzień?. Niby jeden podobny do drugiego, z tą różnicą, że w Belfaście, miejscu na ziemi, gdzie trudno o prawdziwy spokój i ciszę.
Fabuła dotyczy młodych mężczyzn zainteresowanych głównie tym, ile mogą jeszcze wypić w pubie, który " był przystanią dla nieudaczników "i nie tylko. Wyjątkiem wśród nich staje się Misiek, przyjaciel Jake'a i zarazem największy łamaga. Realizując wbrew sobie najbardziej utopijne pomysły odnosi sukces finansowy. Wydawałoby się te chore mrzonki niepoprawnego optymisty stają się podstawą dla jego ekonomicznego geniuszu.

Czytelnik może odnajdzie w książce wskazówki jak samemu w żyć i zrealizować "amerykański sen".
Jakby w opozycji to knajpianego obrazka, rytualnych wręcz, codziennych czynności i nawyków bohaterów, tuż obok, za rogiem, wybuchają bomby. Ale w pubach toczy się dalej najnormalniejsze życie towarzyskie. Choć w Belfaście zamachy terrorystyczne są na porządku dziennym, Wilson tworzy postacie ludzi, dla których najważniejsza jest przyjaźń, bez względu czy ktoś jest protestantem, czy katolikiem. Bohater zostając sam na sam ze sobą, przygląda się swojemu życiu i czyni to z lekką nutką ironii. Prowadzi normalne życie; bez patosu, bez patriotycznych uniesień. I nie ma w nim wewnętrznego buntu, lecz afirmacja życia - takim, jakie jest. Czasem potyka się o własne uczucia (nieudane związki z kobietami, poczucie winy z powodu wykonywanej pracy), to boli, bo musi boleć.

Równocześnie od pierwszych stron, najpierw wręcz nienamacalnie i z coraz to większą siłą Wilson przygotowuje czytelnika na drastyczne opisy miejsc zaraz po wybuchu bomb, które są codziennością w Ulsterze. Ukazuje uwarunkowania polityczno-historyczne obecnej sytuacji w Irlandii Północnej;), przeplatając je przy tym własną refleksją. Czyni to w sposób wręcz surowy, sugestywny. Jest to niemal reporterska relacja z miejsca tragedii tuż po wybuchu, jakby oglądana na zdjęciu. Opisy jednakże nie przytłaczają czytelnika. Nie ubarwia ich swoim komentarzem. Nam pozostawia ocenę, czy ma jakiś sens zabijanie ludzi przez grupę religijnych fanatyków, dla której każdy katolik to wróg. W zamachach giną przypadkowi ludzie. A po śmierci najbliższych życie w wielu rodzinach traci sens.

"Ulica marzycieli" to współczesna powieść irlandzkiego pisarza, która wzrusza, rozbawia, pobudza do refleksji nad tym, co w życiu ważne, a co najważniejsze. Nie jest to książka ukazująca zdecydowanie złe lub dobre charaktery, pozwala czytelnikowi na wybór, na opowiedzenie się po którejś ze stron. Traktuje o sprawach jakże poważnych i trudnych dla każdego z nas, ale z poczuciem humoru, co jest jej niekwestionowaną zaletą.
"W prozie Wilsona uderza nadzwyczaj szeroka gama odczuć…tragizm, komedia, realizm, absurd, wnikliwość polityczna..." tak podsumował dzieło R.L Wilsona jeden z recenzentów Times'a, nic dodać nic ująć, bowiem w "Ulicy marzycieli" można faktycznie znaleźć wszystkie te elementy.

wtorek, 3 kwietnia 2007

300 Spartan-recenzja filmu

1 komentarzy

A niebo przykrył cień...;)

Trup ściele gęsto ginąc od nieba strzał, oszczepów i temu podobnej broni starożytnych.

300 Spartan dzielnych, o atletycznej posturze walczy przeciw zdecydowanie wątlejszym Persom. Jest wielka bitwa, oręża, są i potwory, krew i chwała. Jednym słowem obraz batalistyczny.

Wychowani po to by walczyć i ginąć za ojczyznę. Niczym samurajowie życie swe poświęcali za swoich panów, tak oni za ojczyznę.

Zekranizowanie komiksu Franka Millera oddaje jego bajkowy wymiar: "…Frankowi zależało na przedstawieniu czystej esencji Sparty. Nie interesował go realizm i wierność historycznym realiom." I to na pewno nie umknie uwadze wytrawnym znawcom tematu. Ale ponieważ komiks Millera stała się bestsellerem może, a nawet powinien rządzić się swoimi prawami. Twórcy filmu oprócz strony graficznej docenili również współistniejące z nią podpisy. Teksty były tak samo ważne jak rysunki, zachowano ich rytm, a i przy okazji dynamizm kreski. Zimne barwy, wyraziste kontury postaci, zabawa kontrastem i balansowanie kolorem, metodą "kompresji" nadają zarówno postaciom jak i otoczeniu patosu. Nagromadzenie różnych, czasem nowatorskich efektów, choć nie przyćmiewa kultowego Matrixa, można by nazwać starożytną jego odmianą. W tej sferze już dokonał się przełom i trudno pokazać coś nowego, zaskakującego, ale ekipie poniekąd się to udaje. Oto mityczna Sparta i jej obywatele, o niemal niewzruszonej mimice, twardych zasadach, pokazują też ludzkie oblicze jak: Król Leonidas i jego armia o nieprzeciętnej sile, która dodatkowo podkreślana jest przez różne tricki filmowe. Trudno uwierzyć w taką moc i tężyznę fizyczną, jednak czego człowiek nie może tam komputer wykorzysta.

Film ma swoje tempo, którego co jest rzadkością, nie gubi, wyróżnia się swoistą dynamiką; kolejne starcia wojsk, pełne brutalnych ujęć i nieraz wstrząsających widoków nie powodują uczucia odrazy, bo góruje nad nimi właśnie zachowana konwencja baśniowa.

Ważnym, integralnym elementem tego filmu jest ścieżka dźwiękowa, skomponowana specjalnie na jego potrzeby i momentami wyśpiewywana przez irańską piosenkarkę. Wzmacnia ona identyfikacje widza z bohaterami, podkreślając ich poświecenie.

poniedziałek, 2 kwietnia 2007

"Kraina Chichów"-recenzja książki Jonathana Carolla

0 komentarzy

"Kraina Chichów"- recenzja książki Jonathana Carolla.

Tajemnice miasteczka Galen, czyli miejsca akcji powieści Jonathana Carolla okazują się bardzo mroczne..tylko, że nic tego na początku nie zapowiada. Książka to pod wieloma względami realizuje zasadę M.R. Jamesa na historie o duchach. A zasada jest prosta: zacząć spokojnie, w codziennych dekoracjach jakby nigdy nic…Im dalej jednak brniemy, w na pozór prostą fabułę, tym bardziej wyczuwalnym się staje to, że coś jest zdecydowanie nie w porządku, z kolei ten nieład składa się na opowiadanie o sprawach prawie "nie z tej ziemi";).

Mieszanka humoru i horroru nie pozwala ani na chwile znudzić się książką, należy ona do tych czytanych jednym tchem. Elementy sensacyjne budują atmosferę niepewności, by zupełnie rozwiać je na koniec. Nim to jednak nastąpi nasza wyobraźnia ma czas na przyswojenie sobie i swobodna interpretacje tych różnych, niezwykłych zdarzeń.

Zaczyna się klasycznie i niewinnie. Tomasz Abbey, nauczyciel angielskiego, jest fanem twórczości pewnego bajkopisarza, autora właśnie tytułowej "Krainy Chichów". Pewnego dnia spotyka w antykwariacie dziwną dziewczynę, która stanie się odtąd jego miłością i redaktorką biografii mistrza. Para młodych badaczy udaje się do małego miasteczka, gdzie prawie przez całe życie mieszkał ich ulubiony literat. Tomasz poznaje osobiście córkę pisarza - fascynującą Annę, która wykazuje chęć współpracy nad książką na temat jej ojca, chociaż Tomasz nie był pierwszym śmiałkiem, pragnącym zgłębić jego życiorys. Za to jedynym jaki przypadł Annie do gustu.

Całej historii przed przyjazdem do Galem i już na miejscu towarzyszy szereg dziwnych spotkań, ale najbardziej niewiarygodne jest zakończenie. Tomasz podczas wizyty u córki Marshalla Franca, Anny stwierdza: "czytanie książki jest przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem." I tak jest właśnie z "Kraina Chichów", każdy jej rozdział zaskakuje. Autor pisze o pisarzu, ten z kolei o innym. Jest to opowieść o cudzie i grozie tworzenia. Porusza ona problem osiągnięcia artystycznego: czy wielki pisarz jest zarazem wielkim alchemikiem, zdolnym przemienić słowo zapisane na papierze w człowieka "w niebieskim kapeluszu, który naprawdę staje pod naszymi drzwiami?. "Kraina Chichów" jest lekturą obowiązkową dla miłośników prozy Jonathana Carrolla, a również dla tych, którzy dopiero rozpoczynają z nim czytelniczy flirt. A co tak przyciąga jego fanów i potencjalnych czytelników?. Błyskotliwa fabuła, tajemnica, nieoczekiwane zwroty akcji, bullteriery i oczywiście, świat po "drugiej stronie lustra", który w niczym nie przypomina naszej rzeczywistości.

środa, 28 marca 2007

(; Testosteron okiem męskim

0 komentarzy
Kobiety nie rozumieją mężczyzn. Nie jest to żadną tajemnicą. Ja z kolei nie będę robił tajemnicy z tego, że nie do końca rozumiem film Testosteron. Oglądając go zgubiło mi się jego przesłanie. Nie wiem czy jest to film ukazujący grupę mężczyzn skrzywdzonych bądź krzywdzonych przez kobiety czy też ma na celu ośmieszenie męskiej płci. Tytułowy bohater zostaje porzucony przed ołtarzem przez swoją wybrankę. Czy zdarzyło się wam oglądać podobną scenę wykonaną przez faceta? Mnie nigdy! W żadnym filmie. Niestety kobiety, takie jesteście. Dla ścisłości, to tylko niektóre z was, na szczęście dla nas mężczyzn.

Po pierwszych minutach filmu przypomniało mi się, że sztukę tę napisaną przez Andrzeja Saramowicza czytaliśmy na zajęciach z Kulturowego i Społecznego oddziaływania mediów. Andrzej Saramowicz jest również reżyserem tej lekkiej komedii o męskim spojrzeniu na płeć piękną. W ulotce, która streszczała film można było przeczytać:

W podmiejskim ośrodku weselnym trwają właśnie ostatnie przygotowania do wesela. Kelner Tytus - nieco rozdrażniony, bo przed momentem okazało się, że wkrótce zostanie ojcem - rozkłada na stołach sztućce. Niespodziewanie na dziedziniec wjeżdża z piskiem opon srebrny rolls-royce. Trzej postawni mężczyźni wyciągają z niego pobitego chłopaka i barykadują się w jednej z sal. Gangsterzy? Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niebawem pojawiają się w ośrodku pan młody z obandażowaną głową oraz jego brat Janis. Tytus już wie, że będzie to wesele inne niż zwykle. Nie wie jednak, że najbliższe kilkanaście godzin na zawsze odmieni jego życie.

Faktycznie, nieco a nawet nieco bardziej odmieniło, i to na zawsze. Wasze życie też odmieni. Fabuła, którą inteligentny widz bez kłopotu może odgadnąć, zawiera w sobie częste zaskakujące zmiany akcji, których nie sposób przewidzieć. Montaż filmu jest bardzo dobry. Zobaczymy sceny w zwolnionym tempie, czy wstawki z wspomnień bohaterów wyjaśniające ich dyskusję, i niebanalne animacje jak walący się mur, bądź powrót samochodem z Płońska do ukochanej czy też wybuch bomby atomowej. Wszystko to zostało przeplecione niebanalnymi komentarzami siedmiu bohaterów filmu. Wyartykułowane przez nich zdania będzie powtarzać cała Polska. Szkoda, że znów będą to przekleństwa. Może wcześniejszą tezę o odmianie życia, między bajki włożę?

Siedmiu bohaterów: Janis (Kosiński), Kornel (Adamczyk), Stavros (Stelmaszyk), Tytus (Szyc), Tretyn (Stuhr), Fistak (Karolak) i Robal (Kot) dyskutują nad swoim miejscem w życiu kobiet. Pikanterii dodaje fakt, że dwóch z nich specjalizuje się w biologii. Właśnie tą nauką próbują wyjaśnić zachowanie się kobiet, których mężczyźni nie rozumieją od wieków. Bo jak biologicznie można wytłumaczyć ucieczkę sprzed ołtarza panny młodej w dniu ślubu? Ano właśnie nie można, więc przestawmy się na męski punkt widzenia i pomyślmy zdroworozsądkowo. Żeby nawiać sprzed ołtarza nam potrzebna by była do tego motywacja. Motywacja w postaci korzyści marketingowych bądź finansowych. I takich właśnie samczych zachowań u coraz większej ilości kobiet można cię coraz częściej dopatrywać w naszym życiu codziennym. Kobiety mówią, że to równouprawnienie, a ja mówię im, że powinny urodzić się w odmiennej płci. Żeby świat zachował równowagę kobiety, powinny być kobietami. Jeśli ten trend się nie zmieni, scenki z filmu testosteron będziemy znać z autopsji.


Testosteron:
Rok i kraj produkcji: 2006 / Polska
Czas trwania: 119 minut

Reżyseria: Andrzej Saramonowicz, Tomasz Konecki; Scenariusz: Andrzej Saramonowicz; Zdjęcia: Tomasz Madejski; Muzyka: Misza Hairulin

Obsada: Piotr Adamczyk - Kornel, Borys Szyc - Tytus, Maciej Stuhr - Tretyn, Krzysztof, Stelmaszyk - Stavros, Cezary Kosiński - Janis, Tomasz Karolak - Fistach, Tomasz Kot - Robal

Zobacz też:
Testosteron widziany kobiecym okiem ;)

wtorek, 27 marca 2007

Testosteron widziany kobiecym okiem;)

0 komentarzy
W przyrodzie nic nie ginie…


Takim oto sloganem można by opatrzyć film Saramonowicza Testosteron.

Siedmiu mężczyzn, z których kipi złość i agresja do płci pięknej. Bo przecież wszystkiemu winne są kobiety. Nawet, jeśli do tej pory niektórzy przedstawiciele męskiego rodu nie podzielali tego poglądu, to pewnie zmienią zdanie. Przypisywanie kobiecie zachowań samczych, to w dobie walki o równouprawnienie całkiem słuszne i na miejscu.
Bowiem i my mamy swoje potrzeby i oczekiwania, a co najważniejsze w końcu mówimy o nich głośno. Ale doszukiwanie się w tym zawsze jakichkolwiek korzyści to już lekkie nadużycie. Niewyszukane określenia kobiet, nagromadzenie wulgaryzmów i przekleństw tylko ośmiesza męską część populacji. Panowie z wielkiego ekranu zdają się być przesadnie złośliwi.

Słynna i dowiedziona jest solidarność męska, ale cenna ta mądra i przemyślana. A nie owa w niesłusznej sprawie. Zarówno świat mężczyzn jak i kobiet to zbiór poszczególnych jednostek, gdzie każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie. Zabawne jest, że zatwardziali niemal „macho” w rzeczywistości okazują się być pełnymi kompleksów, wątpliwości, a być może nawet wrażliwości i czułości, samcami. Oprócz aktu prokreacji dają sobie przyzwolenie na czerpanie przyjemności z obcowania z druga osobą, czego z kolei odmawiają kobietom. I nie chodzi tu tylko o zdrady, te pomijam, bo jeśli do nich lub ich samemu się dopuścić to sygnał, że zbliża się rychły, nieubłagany koniec związku. Wtedy haniebny czyn może tylko pomoc i uświadomić nam, że w naszym życiu, relacji z partnerem/ką coś jest nie tak…

I tak podobnie jak popularny wstęp stał się początkiem tych rozważań tak puenta też będzie powszechnie znana: nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe.

sobota, 28 października 2006

Grand Press 2004 - dziennikarskie hity

0 komentarzy
Cóż można napisać o książce, która sama w sobie zawiera najlepsze teksty dziennikarskie? Przede wszystkim to, że jest to książka która wyznacza standardy dla polskiego dziennikarstwa. Standardy w różnych gatunkach prasowych, takich jak: reportaż prasowy, news, dziennikarstwo śledcze, publicystyka, dziennikarstwo specjalistyczne, reportaż radiowy i reportaż telewizyjny. Zastanowić by się można, po co komu książka która zawiera stare materiały, już nieaktualne. Jest to książka przede wszystkim dla dziennikarzy, którzy chcą poprawić swój własny warsztat. Wielu dziennikarzy pouczając młodych adeptów tej sztuki sugeruje aby najpierw postarać się kopiować styl dziennikarzy już pracujących w zawodzie. Własny styl wypracujemy potem, gdy już będziemy mieć napisanych dziesiątki stron artykułów. Wzorowanie się na czyimś stylu nie jest niczym złym. Oczywistym jest, że uczymy się od najlepszych podglądając ich warsztat. Jednak ta książka to coś więcej niż modelowy warsztat poszczególnych gatunków dziennikarskich. Tu są problemy poruszone, parę lat temu, które pozostały nadal aktualne.

Najlepszy reportaż to tekst Angeliki Kuźniak i Włodzimierza Nowaka z Gazety Wyborczej - „ Mój warszawski strzał.” Tematyką tego reportażu są wspomnienia niemieckiego żołnierza, który walczył z Polakami podczas Powstania Warszawskiego. Reporterzy którzy napisali tę historię zwracali uwagę na szczegóły, np. Liczyli stopnie schodów po którym wchodzi bohater, jak trzyma papierosa itp. Dlaczego kochają reportaż? Za jego nieprzewidywalność, za pasję, z jaką pozwala poznawać nowe drogi, za powolne wkradanie się w ludzkie serca. Reportaż jet najtrudniejszym spośród gatunków prasowych, dlatego warto sięgnąć do tego gatunku.

Ważną częścią każdego materiału są odautorskie refleksje, opinie, anegdoty na temat włożonej w niego pracy. Dowiadujemy się z nich co czują podczas jak i po zakończeniu pisania tekstu, jakie wzbudzają się w nich wątpliwości podczas zbierania materiałów, o co boją się zapytać. Dzielą się tymi refleksjami z czytelnikami. Opowiadają nam o reakcji z jaką spotykali się po wydrukowaniu już materiału, reakcją ze strony czytelników. Ciekawostką dla wielu będzie odpowiedź na pytanie jak poniektórzy autorzy wpadli na trop swoich artykułów, np. Michał Zaremba i Piotr Kranowski przyznali, że felieton „Wysysanie lisa” opracowany był początkowo na podstawie plotek.

Zamieszczenie przebiegu pracy zawodowej autorów, wraz z wykazem kolejnych redakcji w których pracowali, może pomóc nam uświadomić sobie, jak zawariowana może być dziennikarska kariera. Kolejnym plusem jest fakt, poznania kolegów po fachu.

Oprócz prac nominowanych i nagrodzonych w konkursie znajdziemy tu wspomnienie o Marcinie Pawłowskim – Dziennikarzu Roku 2004. Reporter i prowadzący „Fakty w TVN-ie, który pokazał nam, że dziennikarzem się jest, a nie bywa.

Wszystkie teksty to „kamienie milowe” polskiego dziennikarstwa. Poznanie ich to jak otrzymanie mapy, która zdecydowanie ułatwi nam poruszanie się po dziennikarskim świecie.

Najlepszym podręcznikiem dobrego pisania jest cudzy tekst, stałe czytanie. Czytanie gazet i czasopism, oczywiście przeczytanie tej książki prowadzi najszybciej do celu.

czwartek, 26 października 2006

Janusz Kulig - album

0 komentarzy
Książka ta w zamyśle powstawała jako album, przygotowywany dla sponsorów Janusza Kuliga. Jednakże to coś więcej niż album. To opowieść o człowieku, kierowcy rajdowym, który opowiada o swojej pasji jaką są rajdy samochodowe. Pomysł stworzenia takiej publikacji narodził się w 2003 roku, i miał początkowo trafić do sponsorów Janusza, tych większych i mniejszych. Nad albumem pracował osobiście Janusz, który opowiadał redaktorom o zdarzeniach jakie kojarzyły mu się z oglądanymi zdjęciami. Wspominał zdarzenia, opowiadał ciekawostki, anegdoty, dzielił się swoją wiedzą związaną z rajdami. W publikacji miały znaleźć się również ostatnie wydarzenia – zawiązaniu zespołu Fiat Auto Poland, w którym Janusz miał być kierowcą.


Niestety 13 lutego 2004 roku dowiedzieliśmy się o jego tragicznej śmierci. Janusz Kulig zginął w wypadku koło Bochni. Jadąc Fiatem Stilo wjechał pod pociąg na strzeżonym przejeździe w miejscowości Rzezawa, który z niewiadomych przyczyn był otwarty. Miał 35 lat, był trzykrotnym mistrzem Polski w latach 1997, 2000, 2001 i wicemistrzem Europy w roku 2002. Redakcja współpracująca z Januszem po wielu dyskusjach i konsultacjach z rodziną Janusza i bliskimi mu osobami, postanowiła wydać to dzieło do końca w niezmienionej formie. W takiej, jaką po raz ostatni widział i akceptował Janusz Kulig.


Wszystkie teksty znajdujące się w tej publikacji są osobistymi wypowiedziami Janusza, który zabiera nas w podróż zwaną rajdami samochodowymi: „Nie ma chyba facetów nie interesujących się autami. To zaczyna się już w dzieciństwie i te samochodziki zostają ludziom na dłużej. Dzieje się tak, zwłaszcza gdy tuż koło rodzinnego podwórka przebiega trasa lokalnych rajdów.” Na kolejnych stronach przeczytamy skróconą biografię mistrza. Dowiemy się, że zawsze wiedział o tym, że chce zostać kierowcą rajdowym: „Samochód potrafię prowadzić od siódmego roku życia. Szybko też zorientowałem się, że hamulec ręczny to urządzenie pomocnie nie tylko przy parkowaniu.” Kolejne strony to opowieść o samochodach którymi jeździ, zaczynając od najmniejszych i najsłabszych jak Fiat 126p: „Nasz biedny „maluszek” poddany został strasznym torturom, dzięki, którym moc jego silnika wzrosła prawie dwukrotnie, osiągając zawrotne 40 KM.” po mocniejsze jak Renault Megane Maxi: „Cóż to był za samochód! Genialnie przyspieszający, równie genialnie hamujący i dający nadzieję na zwycięstwo w generalce”, po najmocniejsze: „W roku 2000 – jako pierwsza niefabryczna załoga na świece – dostaliśmy do dyspozycji auto nowej generacji – Forda Focusa WRC.”. Przy każdym z samochodów wspomina jakiś rajd, który był dla niego wyjątkowy. Opisuje również swoje miejsce pracy prezentując techniki budowy rajdowego samochodu. Zdradza nam zaplecze rajdowego warsztatu zwanego „strefą serwisową”. Opowiada o „drugiej skórze” kierowcy rajdowego, czyli kombinezonie, rękawicach, bieliźnie.


Kolejne strony to kolejne anegdoty o rajdach samochodowych,w których pokazuje jak trudne sztuką jest rajdowanie: „Rzeczywistość widziana przez boczną szybę samochodu rajdowego to wielobarwna smuga bez wyraźnie zarysowanych konturów poszczególnych domków, słupków, drzewek”. Po śmierci Janusza kibice podejmowali najróżniejsze inicjatywy ku pamięci wspaniałego człowieka jakim był. Dzięki temu wiem jedno - Janusz pozostanie w naszych wspomnieniach bardzo długo. On także nie zapomniał poświecić strony swoim kibicom. Zatytułował ją „Najwierniejsi z niewidzialnych.” Kolejna strona opatrzona nagłówkiem „Wielkie słowa to żart” a pod nim: Towarzysząca rajdom popularność to sprawa, z którą mam nadzieję, dobrze sobie poradziłem. Nie występuje, tylko jeżdżę, tak w skróce można by opisać mój stosunek do rajdów i ich medialnej otoczki.”


Janusz nie zapomina o ludziach, którzy byli dla niego idolami, jak Marian Bublewicz czy Sobiesłąw Zasada, poświęca im paręnaście zdań, jak również kierowcą u boku których rozwijał swoje umiejętności jak Petter Solberg, Sebastain Lindholm, Tommi Makinen, Carlos Sainz. Nie zapomina również o najważniejszej osobie jaka towarzyszyła mu przez większość swojej kariery. O swoim pilocie, Jarku Baranie. Opisuje rolę pilota w samochodzie rajdowym, zdradza technikę rajdowego opisu. Kolejne strony poświęcone są pamiętnemu sezonowi 2002, w którym Janusz ścigał się z najlepszymi w Rajdowych Mistrzostwach Europy. Ostatnie strony poświęcone są udziałowi w cyklu PCWRC, rozgrywanemu w ramach Mistrzostw Świata. To był ostatni sezon dla Janusza.


Książka ta to unikat na księgarskim rynku. Unikat pod względem oryginalności. Jest wiele publikacji poświęconych Januszowi, ale tylko ta jedna jest pisana przez niego. Pisana jasnym, prostym ale bardzo barwnym językiem. Czytającemu udziela się pasja jaką Janusz darzył rajdy samochodowe. Książka ta to opowieść o rajdach samochodowych jednego z najlepszych polskich kierowców rajdowych. Wzbogacona zdjęciami najlepszych fotografów rajdowych.


Zobacz też:
Dzień po 13 II 2004. Jak wygląda świat rajdowy bez Janusza Kuliga?

wtorek, 24 października 2006

Jak polacy wygrywają Jak polacy przegrywają

0 komentarzy
Większość z nas lubi czytać różnego rodzaju raporty, statystyki, sondaże opinii publicznej. Dowiadujemy się z niej co myśli reszta społeczeństwa, być może nasi przyjaciele, sąsiedzi etc. Sprawdzamy, czy nasz pogląd różni się od poglądu większości społeczeństwa, bądź dopiero wyrabiamy sobie go na niektóre sprawy i problemy. W większości raportów tego typu nie znajdujemy jednak wyjaśnienia opinii prezentowanych na różnorakich słupkach, liczbach, wskaźnikach itp.

Specjalnie z myślą o takich osobach Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, przygotowało ksiązkę „Jak Polacy przegrywają, jak polacy wygrywają”. Jest to praca zbiorowa pod redakcją Marka Drogosza. Mottem ksiązki jest hasło „Poznaj samego siebie”. Książka jest podzielona na osiem rozdziałów – rozpraw - z których dowiemy się: czy polacy są wielkim i dumnym narodem, jaką mamy kulturę narzekania, oraz co pozytywnego z tego może wyniknąć. Sprawdzimy czy nasze społeczeństwo jest prorozwojowe, oraz czy jesteśmy obywatelscy i jakie są nasze symbole wspólnoty. Czy stajemy się lepsi? Przeczytamy o optymistach i ryzykantach, oraz o historiach które kształtują nasze życie.

Pierwszy rozdział to portret własny Polaków na tle krajów Europejskich mierzony według sondaży różnorakich instytucji działających w ramach Uni Europejskiej. Maria Lewacka próbuje wyjaśnić nam dlaczego przegrywamy oraz w których momentach. Pokazuje również nasze dobre strony i osiągnięcia. W drugim rodzdziale Bogdan Wojcisze i Wiesław Baryła udowodnią nam, że Polacy są narodem wieznie niezadowolonym. Co ciekawe okaże się, że to wcale nie jest taka zła cecha dla narodu, ale... tylko w pewnych sytuacjach. Dokładniej te pewne sytuacje opisuje w rozdziale trzecim Dariusz Doliński, który twierdzi, że z narzekania może wyniknąc wiele dobrego.Czwarty rozdział napisany przez Krystynę Skarżyńską wyjaśni jak ważne dla naszego kraju są inicjatywy oddolne. Poznamy mechanizmy, które pozwolą nam wzmocnić takie inicjatywy, oraz stworzyć sieć powiązań pomiędzy rządzonymi a rządzącymi. W piątej rozprawie Ireneusz Krzemiński pokazuje nam plusy i minusy ponurego onastroju oraz radości. Autor dostrzega że z tych dwóch nastrojów jakże skrajnych nastrojów może wyniknąć coś pożytecznego. Szósty rozdział odpowie nam na pytanie czy stajemy się lepsi. Janusz Grzelak przedstawił w nim portret polaka społecznika, proces transformacji ustrojowej, oraz wyjaśnia zmiany orientacji społecznych. W siódmym rozdziale Janusz Czapiński krśli sylwetki polaków optymistów i ryzykantów. Oraz odpowiada na pytanie nurtujące wielu, czy można być jednocześnie optymistą i pesymistą. Ósmy rozdział napisany przez Jerzego Trzebińskiego i Marka Drogosza to opis w jaki sposób kształtujemy swoją własną rzeczywistośc, nasz punkt widzenia oraz jak może się to odbić na całe społeczeństwo.

Ksiązka ta pomimo, że nierzadko uzbrojona w wiele cyfr i procentów jest łatwa w odbiorze. Stylu w jakim autorzy przedstawiają i wyjaśniają badania socjologiczne, mógłby pozazdrościć im niejeden dziennikarz piszący na temat najnoweszych badań opini społecznej. Ksiązka po lekturze której uzbroimy się w optymizm oraz częściej będziemy śmiać się z własnych przywar narodowych. Warto zatem wziąść tę pozycję bo jak piszą autorzy: „somopoznanie jest jednym z głównych warunków rozwoju – o czym łatwo zapominamy w codziennym wirze spraw”.

sobota, 21 października 2006

Grzegorz Miecugow: Inny Punkt Widzenia

0 komentarzy
Niewiele jest książek po lekturze których mamy okazję zatrzymać się na chwilę i zreflektować się nad naszym i otaczającym nas życiem. Jeżeli już są takowe, prawda w nich jest najczęściej ukryta, a dotarcie do niej wymaga nie lada wysiłku. Trzeba umieć czytać między wierszami. W dzisiejszym świecie niestety nie ma na to czasu. Potrzebny jest nam przewodnik, który wprost wyjawi prawdę o otaczającym naś świecie. Taką książką jest właśnie „Inny punkt Widzenia” Grzegorza Miecugowa. Jest on znanym dziennikarzem i publicystą, który w 2003 roku na antenie TVN 24 rozpoczął cykl rozmów ze zananymi i ciekawymi ludźmi.Ludźmi którzy mogą być dla nas autorytetami

„Myślę, że nasze społeczeństwo straciło pewne autorytety. My – artyści, dziennikarze i wszyscy ludzie, którzy mają coś do powiedzenia – nie wykreowaliścmy pewnego podstawowego systemu wartości. Systemu opierającego się na uczciwości, pracy, obowiązkach wobec rodziny” - przyznaje Jerzy Pilch, jeden z rozmówców Miecugowa.

W książce jest 20 takich rozmów. Z pisarzami (np. Lem, Stasiuk, Kapuściński, Pilch), aktorami (Dymna, Janda. Kondrat, Nowicki, Majchrzak), z ludźmi inaczej znanymi ze sceny (Bem, Mann, Materna, Bartosz Waglewski), z Władysławem Bartoszewskim, Jackiem Hołówką, Robertem Korzeniowskim, Aleksandrem Wolszczanem, Krzysztofem Pawłowskim, Zbigniewem Preisnerem.

Każdy z rozmówców mówi rzeczy ważne i warte zapamiętania. Goście Miecugowa to ludzie którzy lubią rozmawiać, i tą sztukę rozmawiania widać. Na przykład Zbigniew Preisner przyznaje: "Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, bo wysyłamy SMS-y, przestaliśmy czytać książki, bo oglądamy telewizję. Przestaliśmy interesować się tym, co dzieje się u sąsiada, ponieważ oglądamy Big Brothera". Z każdym rozmawia inaczej, koncentruje się jednak na człowieku i otaczającej go rzeczywistości.W rozmowach goście rozstrząsają problemy globalne, filozoficzne, starają się odnaleźć miejsce Polski w Europie i na świecie.

Krzysztof Majchrzak: „Chwile mają to do siebie że są niezatrzymywalne. Każdy kto interesuje się filozofią, religioznawstem wie o tym doskonale. Nasz świat składa się z niezatrzymywalności i z ulotności”. Trzeba przyznać, że „Inny Punkt Widzenia” Miecugowa zdołał złapać tę chwile, myśli do których będziemy wracać nie raz. Będziemy wracać bo każdy z nas znajdzie tam swój autorytet.

środa, 18 października 2006

Pojedynek na słowa

0 komentarzy
Dziś, gdy my obywatele, nie wiemy, co politycy mówią do nas. Gdy zewsząd ogarnia nas medialny chaos informacji. W czasach, gdy w mediach królują politycy, którzy jeden przez drugiego krzyczą, przekonując do swoich racji. W czasach gdzie prawda stała się instrumentem walki politycznej, gdy pojęcie prawdy znaczy tyle, co nic. W czasach, gdy ta prawda dla wielu polityków równa się tylko ich zdaniu. W tych czasach musimy się jakoś bronić.

Często w potoku słów, które codziennie docierają do nas z ekranów telewizorów, głośników odbiorników radiowych, czy na łamach prasy nie potrafimy rozróżnić, kto ma racje. Potrzebna jest nam pomoc. Wiedza, która pozwoliłaby nam odróżnić prawdę od kłamstwa. Wiedza pozwalająca wyróżnić populizm i demagogię.

Potrzebna jest nam wiedza erystyczna, czyli sztuka prowadzenia sporów za pomocą sztuczek, których jedynym celem nie jest wyłonienie prawdy, ale stworzenie wrażenia, że ma się rację.

W pojedynku na słowa nie wystarczy mieć rację. Kto nie umie obronić się przed demagogią – Przegrywa! Znajomość tej sztuki jest potrzebna każdemu, kto chce dokonywać racjonalnych wyborów i umieć bronić się przed manipulacją.

Sztukę tę prezentuje w swojej książce „Pojedynek na słowa. Techniki erystyczne w publicznych sporach” Marek Kochan. Przedstawia ją jako podręcznik samoobrony przed nieświadomym utajonych praktyk manipulatorskich odbiorcą środków masowego komunikowania. Dr. Marek Kochan jest wykładowcą retoryki i erystyki w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w zagadnieniach perswazji językowej, autoprezentacji i kreowania wizerunku.

Swoją wiedzę zebrał w trzech rozdziałach, po lekturze, których nie będziemy już bezbronni jak dzieci. W pierwszej części autor wyjaśnia nam teorie erystyki i źródła pochodzenia tej tajemnej - jak na razie - dla nas sztuki. Pokazuje jak sztuka ta występuje w publicznych dyskusjach tych, na co dzień i w mediach. Wyjaśnia nam najważniejsze zagadnienia, ilustrując przykładami z życia zaczerpniętymi. Prezentuje nam budowę studia telewizyjnego, które ma ogromy wpływ na to jak zostaniemy pokazani, prowadząc nas niemal za rękę wyjaśnia rolę rozmieszczenia kamer, wzrostu dyskutantów, sposobu ubioru, poruszania się, mimiki.

Druga część to przegląd technik, Schopenhauera przeniesionych na grunt współczesnego, bliższego nam świata. Kochan omówił ponad 27 różnych technik, pokrótce charakteryzując każdą z nich, uzupełniając je przykładami wypowiedzi znanych nam polityków. Integralną częścią każdej z opisanych technik jest przedstawienie paru sposobów jak się przed opisanymi sztuczkami skutecznie bronić.

Trzecia część to zapis debaty politycznej, jaką pomiędzy sobą stoczył Andrzeje Lepper z Janem Marią Rokitą do którego doszło w studiu Radia Zet. Debata ta to wyśmienity przykład sporu, w którym autor bezlitośnie obnaża techniki erystyczne użyte przez obydwu panów. Dla czytelnika stanowi to swoiste repetytorium nabytej wcześniej wiedzy.

Książkę tę polecałbym każdemu, kto chciałby się bronić przed niebezpieczeństwem, na które codziennie narażają nas politycy. Na niebezpieczeństwo manipulacji słownej. Poznawszy erystyczne chwyty będziemy wstanie ocenić, którzy politycy naprawdę uzasadniają swoje stanowisko, a kiedy tylko wykręcają się od odpowiedzi.

poniedziałek, 9 października 2006

Świat według Jeremy Clarksona

1 komentarzy
Jeremy Clarkson jest brytyjskim dziennikarz specjalizujący się w motoryzacji. Prowadzi w telewizji BBC program Top Gear poświęcony samochodom, motoryzacji oraz sportom motorowym. W Polsce Top Gear emitowany jest na kanałach TVN Turbo i BBC Prime. Jeremy nie wstydzi się swoich poglądów, co nieraz wzbudza kontrowersje. Jednakże właśnie swoim zdroworozsądkowym podejściem i poczuciem humoru zjednuje sobie telewidzów. Jest autorem 10 książek. W 2006 roku w Polsce ukazała się jedna z nich. „Świat według Jeremy Clarksona” to zbiór felietonów pisanych do Sunday Timesa. Książka ta utrzymywała się przez osiem tygodni na pierwszym miejscu listy bestselerów w Wielkiej Brytanii.

Spodziewałem się, że będzie to książka w dużej mierze o samochodach, a tymczasem samochody w ogóle w niej nie występują. Po lekturze pierwszych stron zastanawiałem się, dlaczego dziennikarz, który prowadzi najlepszy program motoryzacyjny na świecie, tak beznadziejnie pisze! Miałem wrażenie, że czytam słowa marudera. Uwierzyłem już w magię szklanego ekranu, czarodziejskie triki i przygotowane scenariusze, które on tylko wkuwa na pamięć. Jednak gdzieś w środku zrozumiałem, że Jeremy był jak stary zimny diesel, który w końcu załapał i z felietonu w felieton zaczął się rozkręcać sprawiając mi coraz większą frajdę z lektury. Dalej było już tylko lepiej.

Z felietonów Jeremiego wyłania się człowiek jak każdy inny, który próbuje poradzić sobie z otaczającym go światem. Człowiek z własnymi słabymi i mocnymi stronami. Próbuje ośmieszać zazdrość o pieniądze, doceniać ludzi, którzy odnoszą sukces, jak i sprowadzić na ziemię tych, którzy na szczyty sławy dostali się przez przypadek np. pokazując własną głupotę, chamstwo.

Książka rozśmiesza wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron, tak jak z liczbą przejechanych kilometrów, im więcej ich zrobimy tym pewniej czujemy się za kierownicą własnego pojazdu, tak ze światem Clarksona, rozumiemy jego irytację z otaczającego nas życia. Tak więc dajmy mu szansę. Clarksonowi bliskie są sprawy ochrony ginących gatunków i uwierzcie mi naprawdę warto dotrzeć do strony, w której „zawraca” sobie głowę Makakami, i dywaguje, co z tego można wyniknąć. Oprócz tego za wszelką cenę stara się udowodnić, że inne środki komunikacji jak np. pociąg, samolot, autobus są niepotrzebne, bądź bardzo nieużyteczne.

Dzięki tej książce poznałem jego sposób patrzenia na świat, bardzo ożywczy i bardzo ludzki. Pod przykrywką brytyjskiego humoru pokazuje sprawy ludzkie, które nie powinny być zepsute przez nadmierną ostrożności, głupie przepisy i nieodpowiedzialnych ludzi. Clarkson uczy nas by nie dać się zwariować. Daje nam wiele do myślenia. Książka jest bardzo niebanalna, bardzo brytyjska, bardzo Clarksonowska.

Przeczytaj również: recenzje w serwisie wiadomosci24.pl