poniedziałek, 12 listopada 2007

Mrówki w prezencie?

2 komentarzy
Mrówki to jedne z najbardziej fascynujących owadów na naszej planecie. Każdy słyszał o ich niezwykłej sile i doskonałej organizacji społecznej - jednak z niewiadomych powodów nie jesteśmy zbyt szczęśliwi gdy owady te wprowadzają się do naszych mieszkań czy domów. Kosmiczne Mrowisko zmieni ten głęboko niepokojący stan rzeczy.

Tak brzmi reklama akwarium z mrówkami. Co ciekawe różni się od zwykłego akwarium z dwóch powodów: nie pływają w nim rybki i jest wypełnione żelem, które lubią mrówki, aha no i one również tam będą jak je złapiesz ;) Taki niekonwencjonalny pomysł na prezent zaproponował sklep internetowy iprezenty.pl

Produkt ten został stworzony przez NASA na potrzeby badań nad zachowaniem organizmów żywych w stanie nieważkości. Jest on wypełniony specjalnym, nietoksycznym żelem, który stanowi środowisko życia dla tych stawonogów. Do zestawu załączone jest specjalne narzędzie do łapania mrówek. Już po kilku dniach od wpuszczeniu do środka małej grupki (około 15 sztuk) naszych nowych sześcionożnych przyjaciół zaczynają pojawiać się pierwsze fascynujące tunele, które z czasem zaczną tworzyć skomplikowaną sieć. Żel, w którym mrówki drążą tunele stanowi zarazem całe potrzebne im pożywienie.


niedziela, 11 listopada 2007

Tekstyle torby są modne!

1 komentarzy
Wielorazowa torba na zakupy zamiast setek foliowych, obskurnych siatek to świetne rozwiązanie. W wielu miastach Europy Zachodniej, ale także już i w Polsce zaczęła się moda na tekstylne proekologiczne torby „green bag”. Wprawdzie niektóre z nich wytwarzane z biopolimerów są podobno ekologiczne, dodatkowo wielokrotnego użytku i dające się prać. Znani projektanci, m.in. Stella McCartney, natychmiast podchwycili pomysł i wypuścili kolekcje płóciennych toreb, do których wrzuca się sprawunki. Te najbardziej luksusowe kosztują po kilkaset dolarów za sztukę, ale najważniejsze, że bez względu na cenę, wszystkie są wielokrotnego użytku, a przy tym dostępne w różnorodnej palecie barw.

Zwykłe foliowe torebki są ekologicznym problemem. Polacy zabierają wraz z zakupami do domów ponad 100 ton jednorazowych foliowych woreczków. Później trafiają one w większości na wysypiska, zaśmiecają nasze ulice, często szpecą drzewa czy krzewy, brzegi rzek i jezior. Polipropylen z którego produkowane są przezroczyste folie, pudełka i inne opakowania spożywcze, ale przede wszystkim bezpłatne torby rozdawane klientom przy kasie, czyli tzw. reklamówki. to substancja ropopochodna.

Produkty z niej nie rozłożą się za naszego życia ani za życia naszych prawnuków. Naukowcy mówią, że nastąpi to za pół tysiąca lat. Foliówki są prawdziwą zmorą dla środowiska. Każdego roku na całym świecie blisko dwa miliony ptaków i ssaków morskich ginie po połknięciu plastikowych torebek.

Jednym z pierwszych krajów, które skutecznie zaczęły walczyć z foliówkami były Stany Zjednoczone. Większość tamtejszych sklepów oferuje ekologiczne papierowe torebki. Z foliówkami walczy się też w Europie, gdzie za dwa lata zamiast klasycznych foliówek (które produkuje się z ropy) wejdą biodegradowalne woreczki z biopolimerów. W niektórych państwach (Irlandia, Szwajcaria czy Słowacja) wprowadzono nawet dodatkowy podatek, każąc klientom płacić za każdą zabraną foliówkę ze sklepu.

W sieciach handlowych, w Warszawie np. Tesco, Carrefour, Lidl można już kupić bawełniane torby na zakupy. Kosztują 3-4 zł za sztukę. Nie które sklepy w Warszawie sprzedają przyjazne środowisku torby Greenbag (3,50 zł/szt.). Zmieści się w niej aż 7,5 kg zakupów! A jeśli zabierzesz ze sobą torbę z materiału zamiast czterech reklamówek, ograniczysz emisję CO2 o 8 kg rocznie. Radni miejscy w Łodzi całkowicie zabronili handlu jednorazowymi torebkami foliowymi. Wychodząc naprzeciw nowej modzie i ponieść się na jej fali planuje również Ministerstwo Środowiska przygotowując nową kampanię nawołującą do rezygnowania z plastikowych torebek na zakupy.

niedziela, 4 listopada 2007

Ciało na kilka sposobów

0 komentarzy

Piękno widzi się sercem, to co mamy najcenniejsze nosimy w sobie, liczy się nasze wnętrze nie powierzchowność. Powoli brzmi to jak bajka dla grzecznych dzieci, zestaw staroświeckich banałów, które w świecie reklamy nie znajdują zastosowania i tracą na znaczeniu.

-Żenada - brzmi komentarz jednej z internautek na forum „Marketingu przy kawie” o reklamie nowych perfum Toma Forda For Men.

Reklama promująca ten zapach może i nie jest, a raczej na pewno nie jest oryginalna, ale jakże sugestywna i rzucająca się w oczy. Opiera się na odwiecznym, zainteresowaniu płcią odmienną i skupieniu na niej uwagi.

To działa; tani, łatwy chwyt oddziaływujący (w przypadku reklam pokazujących kobiety) na samcze instynkty jak zrobił to właśnie Terry Richardson http://www.marketing-news.pl/article.php?art=1281. Przykre jest jedynie to, że sięgają „po nie” znani i cenieni, w tym przypadku projektanci.

Podobny pomysł na zdjęcie niczym z reklamy Forda, wykorzystał Rankin, jeden z najsłynniejszych brytyjskich fotografików. Jego album „Visually Hungry” promuje przysłonięte cukierkami kobiece łono, znajdziemy w nim oprócz tego kobiety koty i bardzo, bardzo duże źrenice. Wykorzystany element faktycznie pobudza apetyt, tylko nie wiadomo na co. Pokazując tak zwane piękno kobiecego ciała, często traktuje się je instrumentalnie. Przecież ramiona czy stopy też mogą być sexy, dlaczego więc tak rzadko to one nam coś przekazują lub kojarzą się z danym produktem?

Wszystko to, co budzi kontrowersje, skłania nas do rozmów i wymiany poglądów znajduje podatny grunt i sieje… zamęt. On z kolei jest jak najbardziej pożądany w reklamie. Kampanii Tom Forda zarzucono uprzedmiotowienie kobiety, posłużenie się nią jako wabikiem. Prawda.

Dla odmiany (to jak wyjątek potwierdzający regułę) w ostatnich zdjęciach reklamowych autorstwa Oliviero Toscaniego również wykorzystano kobiece ciało, ale już z zupełnie innym zamysłem. Dokładnie odwrotnym, zamiast kusić i zachęcać, misją przekazu było zniechęcić, odstraszyć. Oto wychudzona modelka http://www.marketing-news.pl/article.php?art=1271 patrzy na nas z plakatów niemal wygłodniałym wzrokiem. Kampania ma na celu walkę z anoreksją, zaniechanie do procederu nagminnego odchudzania się przez modelki, mającego często śmiertelne skutki.

Do projektu włączyła się włoska minister zdrowia Livia Turco. Pora przywrócić właściwe proporcje.

Ciekawe wyniki badań opracowała firma MediaAnalyzer ( www.mediaanalyzer.com ) pod hasłem: Does Sex Really Sell? dotyczące treści sexualnych w reklamach. Jak się okazuje nawet to może się opatrzyć i sprzykrzyć. Wieje nudą na widok kolejnych kobiecych biustów (na to w pierwszej kolejności zwracają uwagę mężczyźni) lub gołe pośladki ( druga lokata w skali spostrzegawczości), a nie o tu przecież chodzi.


Wręcz odwrotnie reklama w założeniu swym ma przykuwać wzrok, więc jeśli chcemy pokazać fragment ciała lepiej w outdoorze – radzą specjaliści, w prasie warto zadbać by kontekst erotyczny nie zdominował przekazu. Jeśli go brak kobiety percypują i zapamiętują na ogół tyle samo i takim samych stopniu, co ich brzydsze połówki, a jeśli już nagość pojawi się na horyzoncie niestety panowie najczęściej zupełnie tracą głowę, kto i co reklamuje. Tak więc chyba szkoda pieniędzy na znane twarze czy jędrne części ciała, lepiej zainwestować je w polepszenie trwałości komunikatu i znalezienie innego sposobu na kreowanie marki.

środa, 24 października 2007

Nowy odtwarzacz YouTube - test czy finał?

0 komentarzy
YouTube po cichu wprowadziło nowy interfejs klipów video "osadzanych" na stronach, który jest całkiem inny od tego używanego wcześniej. Jak można zobaczyć na zdjęciu załączonym do artykułu, osadzone wideo jest teraz srebrne z większymi ikonami i licznikiem upływającego czasu. Klikają na przycisk "menu" oglądane video "odjeżdża" zmniejszając się, a po prawej stronie odnajdujemy tradycyjny kod osadzenia i link URL. Na dole zobaczymy video skojarzone z tym, który właśnie oglądamy. Klikając w licznik czasu pozwala przełączyć się pomiędzy dwoma opcjami wyświetlania czasu (czas który pozostał do zakończenia klipu oraz czas od początku oglądania klipu video).



Gdy klikniemy w ekran osadzonego video przejdziemy do serwisu YouTube, po kliknięciu na "dostosuj umieszczony element" mamy możliwość wybrania dwóch opcji osadzenia: "dołącz podobne filmy video" oraz "nie dołączaj podobnych filmów video".

YouTube oficjalnie nie ogłaszał nic o nowym odtwarzaczu co może znaczyć, że nowy wygląd odtwarzacza jest tylko testem jednego z interfejsów stworzonym po to, by sprawdzić działanie nowych funkcji. YouTube obiecywał użytkownikom, że da im możliwość konfiguracji koloru tła, wyglądu i treści. Chociaż serwis umożliwiający dzielenie się plikami video zmienił interfejs, nie jest tym oczekiwanym tak bardzo przez webmasterów-użytkowników.

niedziela, 21 października 2007

Dziennikarstwo internetowe na równi z innymi!

0 komentarzy
Dziennikarstwo internetowe stało się równoprawnym z dziennikarstwem tradycyjnym. Grand Press coroczna nagroda przyznawana od 1997 roku, przez miesięcznik Press została poszerzona o materiały opublikowane na łamach internetu.
Art5. Zgłoszenia do konkursu przyjmuje redakcja miesięcznika "Press". Teksty, audycje radiowe i programy telewizyjne mogą zgłaszać dziennikarze lub redakcje prasowe, radiowe, telewizyjne, internetowe. Zgłoszenia przyjmowane będą do dnia 9 listopada 2007 roku. W przypadku zgłoszeń za pośrednictwem poczty o zachowaniu terminu decyduje data stempla pocztowego.

Oznacza to nie mniej ni więcej, że dziennikarstwo internetowe zyskało uznanie i została doceniona jego rola i wkład w świecie mediów. Jestem jednak ciekaw zapisu:

materiały internetowe – lecz akceptowane będą tylko teksty stricte dziennikarskie opublikowane na stronach profesjonalnych redakcji internetowych.
Kto oceni profesjonalizm redakcji internetowych? Jak ocenić czy redakcja jest profesjonalna? Czy są jakieś kryteria? Teoretycznie dwie osoby prowadzące bloga mogą nazwać się redakcją, ale czy zostaną uznane za profesjonalną?

Te pytania wysłałem na adres poczty internetowej miesięcznika. Oto odpowiedźi:

Dzień dobry,
czym jest profesjonalna redakcja oraz profesjonalny materiał dziennikarski wie każdy, kto w zawodzie dziennikarza jest zawodowcem. O tym decydują zasady zawodu, a nie miejsce jego wykonywania.
Osoby zgłaszające od lat prace na Grand Press także o tym wiedzą, gdyż jest to konkurs dla profesjonalistów. Także w tym roku, gdy włączamy dzienikarstwo internetowe.
Renata Gluza
"Press"


Szczegóły na temat warunków zgłoszeń znajdują się na stronie www.grandpress.pl.


Przeczytaj też:
> Recenzja książki Grand Press 2004 - dziennikarskie hity

piątek, 19 października 2007

Uaktualniony Gmail dla aplikacji komórkowych

0 komentarzy
Uzyskiwanie dostępu do Gmaila na moim telefonie stało sie niezbędne dla mnie

pisze


Jamendo - muzyka za darmo!

2 komentarzy
Nie ma chyba nic przyjemniejszego od słuchania muzyki. W szczególności gdy mamy świadomość, że jest to muzyka darmowa i ściągając ją za pośrednictwem systemów p2p nie nosimy znamiona pirata, który kradnie cudzą własność intelektualną. Serwisem, który oferuje taką muzykę jest Jamendo. Muzyczny serwis internetowy publikujący muzykę na licencjach Creative Commons/Free Art Licence. Licencje takie zezwalają na darmowe pobieranie, remiksowanie i dzielenie się utworami bez narażania się na łamanie praw autorskich.

Albumy są dostępne w sieciach BitTorrent i eDonkey, a pliki muzyczne w formatach Ogg Vorbis i mp3. Serwis Jamendo oferuje również system oceny zamieszczanej tam muzyki i wyszukiwania polecanych przez innych użytkowników wykonawców w oparciu o zadane kryteria, a także tzw. chmurę tagów z poszczególnymi gatunkami muzycznymi.

Na Jamendo są albumy których słucha się "pełnymi uszami". Muzyka ta wręcz hipnotyzuje i nie pozwala oderwać się od słuchawek. Każdy tutaj znajdzie coś dla siebie.

W serwisie Jamendo jest jak na razie :
  • 5075 opublikowanych albumów
  • 180612 aktywnych użytkowników, którzy napisali aż
  • 52500 recenzje albumu
Ciekaw jestem, który zespół publikujący swą muzykę jako pierwszy wybije się na szerokie wody muzycznej sceny, i zacznie zarabiać jako profesjonalista. Jestem również ciekaw czy zrezygnuje wtedy z udostępniania swych produkcji na Jamendo. Teoretycznie podstawą zarobków artystów są tantiemy ze sprzedaży płyt, oraz za odtwarzanie w rozgłośniach radiowych, ale również pieniążki które zarabiają grając na koncertach. Czy sława i chwała, które wtedy zdobędą popchnie ich do większej chęci zysku czy pozostaną przy swoich ideałach, dzielenia się swoją sztuką za darmo? Chociaż niekoniecznie za darmo. Każdemu artyście w serwisie Jamendo można zapłacić klikając w link "wspomóż tego artystę", i przesyłając pieniądze na jego konto kwotę pomniejszoną o opłaty bankowe i 50 centów dla serwisu Jamendo.

Artyści zachęcają słuchaczy do przychodzenia na koncerty, których terminarz jest integralną częścią serwisu. Polska część jest na razie dość uboga, ale już pojawiło się parę polskich zespołów. Życzę więc przyjemnego słuchania oraz do "usłyszenia" ;)

www.jamendo.com

Internetowe prawybory 2007 rozstrzygnięte!

0 komentarzy
Platforma obywatelska zdobyła prawie połowę głosów (45,7 %) i zwyciężyła w internetowych prawyborach 2007 zorganizowanych przez serwis dziennikarzy obywatelskich Wiadomosci24.pl

Na drugim miejscu znalazł się Lewica i Demokraci którzy zdobyli poparcie 25.4% głosów internautów. Trzecie miejsce przypadło Lidze Prawicy Rzeczypospolitej (14,7 %). Obecnie rządząca partia czyli Prawo i Sprawiedliwość zmieściło się w progu wyborczym z wynikiem 7.7 %.

Pozostałe cztery partie, które nie przekroczyły 5% progu wyborczego to:
- Partia Internautów - 2,8 %
- Polskie Stronnictwo Ludowe - 1,9 %
- Polska Partia Pracy - 1 %
- Samoobrona RP - 0,8 %

Przez dwa tygodnie w zabawie wzięło udział 2 tysiące internautów.

czwartek, 18 października 2007

Na kogo głosować?

0 komentarzy
Wiele osób jest niezadowolonych z pracy posłów w sejmie. Większość obywateli po licznych akcjach zachęcających do głosowania zdecydowała się na ten ruch. Jedynym pytaniem jakie sobie zadają brzmi: na kogo będę głosować? Niejedna osoba zrezygnowała z przywileju głosowania bo nie mogła odnaleźć odpowiedzi na to pytanie. Niewielu z nas ma czas i chęć na śledzenie bieżących wydarzeń politycznych i społecznych. Wszystkim tym, którzy właśnie "biją" się, ze swoimi myślami polecam "kompas wyborczy" przygotowany przez serwis Wirtualna Polska. Ów kompas to zestaw dwudziestu pytań, na które wystarczy odpowiedzieć aby zobaczyć, które ugrupowanie polityczne jest ci najbliższe programowo.


Mamy trzy możliwe odpowiedzi na każde z dwudziestu pytań: [tak], [nie] i [nie mam zdania].

Uwaga: ponieważ celem kwestionariusza jest wskazanie komitetu wyborczego, z którym mamy najwięcej zbieżnych odpowiedzi, ograniczono do pięciu liczbę możliwych odpowiedzi "nie mam zdania". Przy większej liczbie takich odpowiedzi kwestionariusz zostaje przerwany.

Kompas wyborczy wp.pl: http://wybory2007.wp.pl/kalkulatorq.html

Warto więc najpierw poznać pytania i zorientować się czy wiemy o co nas pytają.

1) Czy oceniasz okres 1989-2005 pozytywnie?
2) Czy uważasz, że Centralne Biuro Antykorupcyjne wymaga zmian?
3) Czy uważasz, że Centralne Biuro Antykorupcyjne wymaga zmian?
4) Czy jesteś za podtrzymaniem programu "zero tolerancji dla przemocy w szkołach"?
5) Czy popierasz dotychczasowe zaostrzenie Kodeksu karnego?
6) Czy oceniasz pozytywnie zmiany w polskiej polityce zagranicznej w ostatnich dwóch latach?
7) Czy uważasz, że udział Kościoła rzymsko-katolickiego w polskim życiu publicznym jest za duży?
8) Czy jesteś za zaostrzeniem przepisów antyaborcyjnych?
9) Czy jesteś za wprowadzeniem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych?
10) Czy jesteś za jak najszybszym wycofaniem polskich wojsk z Iraku?
11) Czy uważasz, że w sprawie budowy w Polsce elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej powinno zostać przeprowadzone referendum lub inna forma szerokiej debaty publicznej?
12) Czy jesteś za ujednoliceniem stawek podatkowych?
13) Czy uważasz, że obecny wzrost PKB powinien zostać przeznaczony na zwiększenie świadczeń społecznych?
14) Czy jesteś za jak najszybszym zastąpieniem złotówki euro?
15) Czy jesteś za pogłębianiem politycznej integracji w ramach Unii Europejskiej?
16) Czy uważasz, że Polska powinna mieć prawo do samodzielnych, niezależnych od regulacji Unii Europejskiej, decyzji ws. ochrony środowiska?
17) Czy uważasz, że prywatyzacja polskich przedsiębiorstw powinna zostać dokończona na obecnych zasadach?
18) Czy jesteś za umożliwieniem prywatyzacji zakładów służby zdrowia?
19) Czy uważasz, że wszystkie osoby, które pracowały dla tajnych służb PRL, nie powinny mieć możliwości udziału w życiu publicznym?
20) Czy jesteś za zmianami w KRUS idącymi w kierunku urealnieniu składek ubezpieczeniowych rolników?

Spot PO: 180 stopni

0 komentarzy
Platforma Obywatelska stworzyła bardzo dobry klip promujący znaczenie głosu każdego obywatela. Zaczyna się on od słów - Ile znaczy twój głos - a potem wylicza czego nie da się zmienić. Druga część klipu jest całkiem odwrócona, oczywiście w pozytywnym sensie.



Podobny klip stworzyła agencja reklamowa dla kandydata na prezydenta w Stanach Zjednoczonych Lopeza Murphy. W oryginale klip nosił nazwę "Truth" (Prawda). Agencja reklamowa dostała Lwy na Festiwalu Reklamy w Cann.

wtorek, 9 października 2007

Nowy Skype w wersji 1.4 dla Linuksa

0 komentarzy
Posiadacze Linuksa mogą się cieszyć. Po pięciu miesiącach testów pojawiła się nowa wersja Skype oznaczona symbolem 1.4, dla „pingwinów”.

Nowa wersja posiada ponad dwadzieścia nowych rozwiązań. Między innymi wprowadzono możliwość klikania w linki umieszczane w tematach czatów, wysyłanie plików na czat metodą przeciągnij i upuść, menu transferu plików oraz wiele innych mniej lub bardziej dogodnych nowości. Wszystkie nowe opcje i poprawki można znaleźć na tej stronie.


Uaktualnienia są dostępne dla ośmiu z najważniejszych dystrybucji Linuksa, m.in.: Debian Etch, Fedora Core 6 i 7, Mandriva, Mepis, OpenSuse 10, Ubuntu Feisty Fawn 7.04 i Xandros.

Minimalne wymagania sprzętowe to:
- procesor 400 MHz lub szybszy
- 256 MB RAM
- 20 MB wolnej przestrzeni dyskowej
- mikrofon i głośniki
- łącze internetowe, najlepiej szerokopasmowe

Wymagane oprogramowanie:
- Qt 4.2.1+
- DBus 1.0.0
- libsigc++ 2.0.2
- libasund 2.1.0.12

Nowa wersja (Linux) do ściągnięcia pod adresem: http://www.skype.com/download/skype/linux/

poniedziałek, 8 października 2007

Google uruchamia Bloga o technologii Foto

0 komentarzy
Google uruchomiło kolejnego bloga nazwanego "Google Photo Blog". W pierwszym powitalnym wpisie
Zdjęcie jest warte tysiąc słów, ale czasami wciąż jest jeszcze coś do powiedzenia. To jest powód dlaczego jestem szczęśliwy mogąc przedstawić nasz nowy blog "Google Photos Blog". Będziemy używać to miejsce do publikacji uaktualnień, porad fotograficznych, oraz (oczywiście) przedstawiać nasze ulubione albumy.

Zespół tworzący bloga pracuje w Santa Monika, nad rozwiązaniami przeglądarki grafiki Picasa do wyszukiwania i organizowania swoich zdjęć oraz nad internetowymi albumami zdjęć Picasa Web Albums. Zespół jest również odpowiedzialny, za rozwijanie technologii foto w Google. To ich głowy wytężały się nad stworzeniem takich rozwiązań jak system do publikacji zdjęć w Bloggerze, rozwijanie Orkut's Photo Picker, oraz tworzenie Mappletów do przeglądania zdjęć z zakodowanymi współrzędnymi geograficznymi w Google Maps.

adres: googlephotos.blogspot.com

Testy Service Pack 3 dla Windowsa XP

0 komentarzy
Kolejny Service Pack przeznaczony dla Windowsa XP zawiera fragmenty kodu z nowego systemu Vista. Zespół NeoSmart Technology, testował pierwszą wersję Widows XP SP3. Testowana wersja ma ponad 1,073 poprawek wliczając w to te dotyczące bezpieczeństwa.

Wśród poprawek zespół NeoSmart Technologies znalazł kilka rozwiązań które zostały zaimportowane z Windowsa Visty włączając w to nowy mechanizm aktywacji Widnowsa, ochronę pracy w sieci poprzez wymuszanie zastosowania ustalonych standardów bezpieczeństwa oraz nowy model jądra kryptograficznego, który obejmuje cały model dostępu do różnorodnych kryptograficznych algorytmów i jest wykorzystywany w dostępie do sterowników i usług. Pojawiła się również funkcja „Black Hole Router” ujawniająca ataki przestępców wykorzystujących „złośliwe” routery w celu ataków komputerów poprzez Wi-Fi.

Finalna wersja zapowiadana jest w połowie 2008 roku.

niedziela, 7 października 2007

Yoper Linux Titanium w wersji 3.01

0 komentarzy
Twórcy dystrybucji Yoper Linux (Yoper, ang.Your Operating System), która jest połączeniem tego co najlepsze w innych dystrybucjach Linuksa zaaktualizowali wydanie do wersji 3.01. Yoper Linux to młoda dystrybucja Linuksa na desktop, reklamowana jako najszybszy system operacyjny zaraz po instalacji. Dystrybucja pomimo, że ciągle uaktualniana nie jest polecana osobom, które nie posiadają doświadczenia z Linuksem.

W najnowszej aktualizacji pod nazwą Titanium, wprowadzono nowe rozwiązania techniczne, pomimo, że jest to pierwsza aktualizacja przed wprowadzeniem wersji 3.1 którą zespół zapowiada na grudzień 2007. Jako jądro wykorzystano Linuksa w wersji 2.6.21.1. W porównaniu z poprzednią edycją pojawiło się 500 nowych, bądź zaktualizowanych pakietów. Twórcom udało się naprawić kilka błędów z poprzedniej dystrybucji. W tej dystrybucji wprowadzono X.org 7.3, KDE w wersji 3.5.7 (razem z KOffice 1.6.3), Firefoksa 2.0.0.7 oraz wiele innych pakietów dostępnych w internecie.

Wersja Yoper 3.01 jest dostępna do ściągnięcia w dwóch wersjach:
- Slim CD (142 MB)
- Single CD (678 MB).

Planowana jest również wersja na płycie DVD, która dostępna będzie za dwa tygodnie. Poszczególne wydania różnią się ilością pakietów.

Yoper oprócz szybkości działania oferuje wsparcie dla sprzętu (m.in. autodetekcja i konfiguracja akceleracji 3D dla kart NVidia podczas instalacji, dzięki użyciu programu Sax2 z openSUSE). Yoper jest zoptymalizowany dla procesorów klasy i686 i wyższych. System jest gotowy do pracy po instalacji w niespełna pół godziny. Yoper pomimo, że jest jeszcze nie w pełni dopracowany, najszybciej zdobywa popularność wśród innych dystrybucji Linuksa.

sobota, 6 października 2007

Internetowe prawybory 2007

0 komentarzy
Gazeta internetowa wiadomosci24.pl, którą tworzą dziennikarze obywatelscy postanowiła zorganizować prawybory na swoich łamach. Od 27 września można głosować na jedną z ośmiu partii politycznych. Siedem z nich weźmie udział w prawdziwych wyborach do sejmu 21 października. Jedna z partii (Partia Internautów), została wymyślona przez dziennikarzy, i jest obywatelskim projektem zmian w ordynacji wyborczej, pozwalającym Polakom głosować przez internet.

Jaki program ma Partia Internautów?
Tomasz Kowalski, jeden z redaktorów wiadomosci24.pl wyjaśnia na blogu redakcyjnym w poście Partia Internautów ... czemu nie?: "Załatwieniem dwóch spraw - zmianą ordynacji wyborczej tak, by uwzględniała możliwość głosowania przez internet w wyborach. I doprowadzeniem do tego, by każdy w Polsce miał możliwość bezpłatnego dostępu do internetu. Jeszcze jedno - po osiągnięciu obu celów partia taka uległaby samorozwiązaniu. By jeszcze bardziej odróżniać się od dotychczas działających ugrupowań politycznych."

Ponad 14 milionów Polaków ma dostęp do internetu. Każdy z nich mógłby zagłosować przez internet nawet bez wychodzenia z domu. System głosowania przez internet umożliwiałby również głosowanie osobom które są w podróży bądź pracują za granicą i nie mogą głosować w miejscu swojego zamieszkania, co stanowi teraz obowiązek.

W prawyborach gazety internetowej wiadomosci24.pl można głosować do 19 października 2007. System pozwala oddać głos po podaniu adresu mailowego. Na bieżąco są podawane wyniki dla komitetów, które zarejestrowały listy we wszystkich okręgach wyborczych.

Wyniki prawyborów są zaskakujące i różnią się zdecydowanie od tych, które powstają na zlecenie ogólnopolskich gazet, stacji radiowych bądź telewizyjnych.

Na dzień 6 października wyglądają następująco:
PO - 36,9 %
LiD - 30,3 %
LPR - 16,1 %
PiS - 8,6 %
PI - 4,5 %
PSL - 2,2 %
Samoobrona RP - 1,3 %
Polska Partia Pracy - 0,6 %

Weź udział w prawyborach klikając na poniższy banner:

czwartek, 20 września 2007

OpenOffice.org 2.3 już jest

0 komentarzy
Dziś w Sieci pojawiła się nowa wersja popularnego, bezpłatnego pakietu biurowego OpenOffice.org. Wersja 2.3 ukazała się dość niespodziewanie, gdyż premiera miała odbyć się dopiero 4 grudnia br.

W OpenOffice.org 2.3 dołączono kilka nowych cech i ułatwień do podstawowych składników. Nowa wersja kładzie duży nacisk na ochronę użytkowników. Na oficjalnej stronie projektu aktualizacja zalecana jest dla wszystkich użytkowników, ponieważ poza zmianami funkcjonalnymi w nowej wersji poprawiono wykryte błędy w zabezpieczeniach.

Co nowego w wersji 2.3?

Przede wszystkim trzeba wspomnieć o ułatwieniach, jakie użytkownikom wtyczek przynosi nowa wersja pakietu. Co prawda wcześniej również były one dostępne, jednak w nowej wersji znacznie poprawiono ich obsługę. Jest to notabene jedyna wersja, która pracuje z całą biblioteką rozszerzeń, oferującą ponad 20 pozycji. Są to między innymi rozszerzenia umożliwiające publikację treści na blogu, lub umożliwiające automatyczny eksport plików do internetowych aplikacji biurowych Google Docs.

Co więcej, armia programistów-zwolenników pakietu kompletnie przepisała kod kreatora diagramów oraz stworzyła filtr do generowania stron Wiki w narzędziu OpenOffice.org Writer. Znacznie poprawiono również programowy słownik.

Wersja 2.3 dostępna jest dla systemów Windows, Linux i Solaris. Właściciele Mac-ów, dostaną uaktualnienie przed przyszłym rokiem i, jak zapewniają programiści, będzie to wersja jeszcze bardziej rozwinięta od bieżącej.

Program dość dobrze radzi sobie z importowaniem dokumentów dla pakietu konkurencji, czyli Microsoft Office. Posiada funkcję zapisu dokumentów w formacie XML. Znacznie poprawiono też szybkość uruchamiania i działania programów składowych pakietu w porównaniu z poprzednią wersją.

Opublikowano również w serwisie: pcarena.pl

środa, 19 września 2007

Google oferuje własny Power Point

0 komentarzy
Google poszerzyło swój pakiet internetowych aplikacji biurowych "Docs" o aplikację do tworzenia multimedialnych prezentacji. Program jest podobny do oferowanego przez Microsoft konkurencyjnego tytułu - Power Point. Aby pracować na aplikacji wystarczy komputer podłączony do internetu i przeglądarka www, w której otwozymy stronę docs.google.com. Aplikację można używać od dziś i jest również dostępna w języku polskim.

Prezentację tworzy się zadziwiająco łatwo. Lista opcji nie jest rozbudowana, ale bardzo praktyczna. Do prezentacji można dołączyć zdjęcie, odnośniki URL, czy formatować tekst w wybrany przez nas sposób. Dla osób, które czują się z grafiką i kolorami na bakier, Google przygotowało zestaw 15 szablonów graficznych, z których można skorzystać. Kilka kliknięć i mamy gotową prezentację.

Owoc naszej pracy możemy zapisać on-line jak i w formacie PPT. Mamy również możliwość publikacji w sieci pod wygenerowanym, unikalnym adresem URL. Nad prezentacją może pracować jednocześnie wiele osób.

Przedstawiciele firmy Google zaręczają, że nowa aplikacja nie jest konkurencją dla programu Power Point firmy Microsoft. Ma jedynie umożliwić szybką i łatwą pracę zdalną. Jednakże gdy Google wyposaży swój nowy produkt w większą ilość funkcji, biznesmeni szukający oszczędności w swoich firmach, zapewne skorzystają z tej alternatywy.

Opublikowano również w serwisie: pcarena.pl

środa, 12 września 2007

Orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie obowiązku rejestracji stron www jako prasę.

0 komentarzy
Przeczytaj wcześniej:

> Czy serwis internetowy jest gazetą?
> Posty na forum są materiałem prasowym.

U Z A S A D N I E N I E
W dniu 29 grudnia 2004 r Prokurator Rejonowy w Przemyślu skierował do miejscowego Sądu Rejonowego akt oskarżenia przeciwko Norbertowi Z. i Tomaszowi K. zarzucając im to, że: w okresie od lipca 2003 roku do maja 2004 roku w Przemyślu woj. podkarpackiego i Głogowie woj. dolnośląskiego, działając wspólnie i w porozumieniu wydawali czasopismo internetowe „Szyciepoprzemysku" pod adresem www.szyciepoprzemysku.prv.pl bez wymaganej rejestracji, tj. przestępstwa z art. 45 Ustawy z dnia 26.01.1984 roku (Dz. U. Nr 5, poz. 24 z późn. zm.). Ponadto zarzucił, że w okresie od lipca 2003 roku do maja 2004 roku w Przemyślu, woj. podkarpackiego i Głogowie woj. dolnośląskiego wspólnie i w porozumieniu wydawali czasopismo internetowe „Szyciepoprzemysku" pod adresem www.szyciepoprzemysku.prv.pl bez podania w widocznym i zwyczajowo przyjętym miejscu nazwy i adresu wydawcy, adresu redakcji, imienia i nazwiska redaktora naczelnego, miejsca wydawania oraz międzynarodowego znaku informacyjnego, tj. o popełnienie przestępstwa z art. 49 w zw. z art. 27 ust 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe (Dz. U. 1984 Nr 5, poz. 24 z późn. zm.).

Wyrokiem z dnia 31 października 2005 roku Sąd Rejonowy w Przemyślu (sygn. akt. II K 55/05) uniewinnił oskarżonych od zarzucanych im przestępstw. Po rozpoznaniu apelacji wniesionej przez Prokuratora Rejonowego w Przemyślu i pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, wyrokiem z dnia 13 lutego 2006 roku, sygn. akt. II Ka 20/06, Sąd Okręgowy w Przemyślu uchylił zaskarżone orzeczenie i przekazał sprawę Sądowi Rejonowemu w Przemyślu do ponownego rozpoznania. Podczas ponownego rozpoznania sprawy przed Sądem Rejonowym w Przemyślu (sygn. akt II K 80/06) w dniu 28 kwietnia 2006 roku na rozprawie (k. 459 - 460) prokurator dokonał modyfikacji zarzutów aktu oskarżenia poprzez wprowadzenie do opisu czynów zarzucanych oskarżonym sformułowania „w formie drukowanej, druku papierowego, periodycznego „Szyciepoprzemysku" i internetowe". Na wniosek obrońcy oskarżonych Sąd Rejonowy odroczył do dnia 23 maja 2006 roku rozprawę w tej sprawie.

Wyrokiem z dnia 22 września 2006 roku sygn. akt. II K 80/06 Sąd Rejonowy w Przemyślu uznał oskarżonych Noberta Z. i Tomasza K. za winnych tego, że: 1) w okresie od lipca 2003 roku do maja 2004 roku w Przemyślu woj. podkarpackiego i Głogowie woj. dolnośląskiego, działając wspólnie i w porozumieniu wydawali czasopismo w formie drukowanej, druku papierowego, periodycznego „Szyciepoprzemysku" bez wymaganej rejestracji, tj. o przestępstwo z art. 45 Ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe (Dz. U. 1984 Nr 5, poz. 24 z późn. zm.) oraz tego, że: 2 ) w okresie od lipca 2003 roku do maja 2004 roku w Przemyślu, woj. podkarpackiego i Głogowie woj. dolnośląskiego wspólnie i w porozumieniu wydawali czasopismo w formie drukowanej, druku papierowego, periodycznego „Szyciepoprzemysku" bez podania w widocznym i zwyczajowo przyjętym miejscu nazwy i adresu wydawcy, adresu redakcji, imienia i nazwiska redaktora naczelnego, miejsca wydawania oraz międzynarodowego znaku informacyjnego, tj. o przestępstwa z art. 49 w zw. z art. 27 ust 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984r Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5 poz. 24 z późn. zm.). Za każde z tych przestępstw Sąd Rejonowy w Przemyślu wymierzył każdemu z oskarżonych jednostkowe kary grzywny rozmiarze 70 stawek dziennych po 20 zł i w konsekwencji orzekł wobec każdego z nich karę łączną grzywny w rozmiarze po 90 stawek dziennych przy przyjęciu, że jedna stawka wynosi 25 zł. Jednocześnie Sąd Rejonowy orzekł przepadek zabezpieczonych dowodów rzeczowych.

Wyrokiem z dnia 6 lutego 2007 roku Sąd Okręgowy w Przemyślu ( sygn. akt. II Ka 34/07) po rozpoznaniu apelacji wniesionej przez obrońcę oskarżonego Norberta Z. zmienił zaskarżony wyrok Sądu Rejonowego w stosunku do obu oskarżonych i uniewinnił oskarżonych Tomasza K. i Norberta Z. od zarzucanych im aktem oskarżenia czynów.

Od wyroku Sądu Okręgowego w Przemyślu kasację złożył Prokurator Okręgowy w Przemyślu zaskarżając wyrok w całości na niekorzyść oskarżonych. Prokurator zarzucił rażące naruszenie przepisów- art. 14 § 1 k.p.k. w zw. z art. 17 § 1 pkt 9 k.p.k. , art. 398 k.p.k. w zw. z art. 414§1 k.p.k. w zw. z art. 437 § 2 k.p.k. mające wpływ na treść wyroku, poprzez bezzasadne – jak stwierdził − uznanie przez Sąd Odwoławczy, że Sąd I instancji skazał oskarżonych Norberta Z. i Tomasza K. za przypisane im przestępstwa, polegające na wydawaniu bez rejestracji czasopisma „Szyciepoprzemysku" w formie drukowanej - bez skargi oskarżyciela publicznego, co stanowiło okoliczność wyłączającą postępowanie i bez odebrania od oskarżonych zgody na rozpoznanie na rozprawie tych czynów jako innych niż ujętych w akcie oskarżenia − co w konsekwencji doprowadziło do niesłusznego uniewinnienia oskarżonych, zamiast ewentualnego uchylenia wyroku i umorzenia postępowania w zakresie czynów nie objętych aktem oskarżenia oraz przekazania sprawy Sądowi I instancji do ponownego rozpoznania w celu rozpoznania w pozostałej części, podczas gdy wbrew stanowisku Sądu Odwoławczego skazanie oskarżonych przez Sąd I instancji za te przestępstwa nie stanowiło wyjścia poza zakres tożsamości czynów jako zdarzeń faktycznych określonych zarzutami aktu oskarżenia, również po zmodyfikowaniu ich opisu przez oskarżyciela na rozprawie. W konsekwencji skarżący wniósł o uchylenie zaskarżonego wyroku Sądu Okręgowego w Przemyślu i przekazanie sprawy temu Sądowi do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.

Sąd Najwyższy zważył co następuje.
Kasacja Prokuratora Okręgowego w Przemyślu okazała się niezasadna i jako taką należało ją oddalić.

Zasadniczym problemem w sprawie było to czy wydający dziennik bądź czasopismo w formie elektronicznej – w Internecie ma obowiązek zarejestrować to pismo, czy też nie. W tej kwestii prawnej zarówno Sąd Rejonowy w Przemyślu skazując obu oskarżonych, jak i następnie Sąd Okręgowy w Przemyślu w uzasadnieniu uniewinniającego oskarżonych wyroku wyraziły pogląd oczywiście błędny, przy czym na stanowisko Sądu Okręgowego przemożny wpływ miało postanowienie Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie z 25 maja 2005 r. utrzymujące w mocy postanowienie Sądu Okręgowego, w którym oddalono wniosek o wpis do rejestru dzienników i czasopism tytułu wydawanego w formie elektronicznej, w formie witryny internetowej. W świetle przepisów prawa prasowego bezspornym jest, że prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości a ukazują się nie rzadziej niż raz w roku art. 7 ust 1 pkt.1 pr.pr. Jednoznaczny jest także przepis ustawy, że dziennikiem jest ogólno informacyjny druk periodyczny lub przekaz za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu ukazujący się częściej niż raz w tygodniu (art. 7 ust.2 pkt.2 pr.pr.) oraz to, że podobna zasada dotyczy czasopism (art. 7 ust. 2 pkt.3 pr.pr.). Ustawodawca wyraźnie i jednoznacznie stwierdza, że prasą są zarówno dzienniki i czasopisma jak i „wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania (…) upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.” − art. 7 ust 2 pkt.1 in fine. W tej sytuacji jest rzeczą bezsporną, że dzienniki i czasopisma przez to że ukazują się w formie przekazu Internetowego nie tracą znamion tytułu prasowego, i to zarówno wówczas gdy przekaz internetowy towarzyszy przekazowi utrwalonemu na papierze, drukowanemu, stanowiąc inną, elektroniczną jego postać w systemie on line jak i wówczas gdy przekaz istnieje tylko w formie elektronicznej w Internecie, ale ukazuje się tylko periodycznie spełniając wymogi, o których mowa w art. 7 ust.2 pr.pr. Stanowisko takie jest mocno ugruntowane w doktrynie zob.: J. Sobczak, Ustawa prawo prasowe. Komentarz, Warszawa 1999, s. 113 i 273−274; J. Barta , R. Markiewicz, Internet a prawo, Kraków 1999, s. 35−41; J. Barta, R. Markiewicz, A. Maklat, Prawo mediów, Warszawa 2005, s. 95; E. Nowińska, M. du Vall, Komentarz do ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, Warszawa 2001, s. 184; E. Nowińska Nieuczciwa reklama w Internecie w: „Internet – problemy prawne” Lublin 1998, s. 51. Rozważania zawarte w uzasadnieniach wyroków Sądu Rejonowego w Przemyślu z 22 września 2006 r. oraz Sądu Okręgowego w Przemyślu z 6 lutego 2007 r. co do tego, że w świetle obowiązującego prawa wydawanie tytułu w formie elektronicznej za pośrednictwem Internetu nie wymaga rejestracji, pozbawione są racji i sprzeczne z ugruntowanymi stanowiskami doktryny. Błąd w rozumowaniu obu wspomnianych Sądów zasadza się na utożsamieniu Internetu z periodycznym przekazem mającym formę dziennika bądź czasopisma rozpowszechnianym za pośrednictwem Internetu. Jest rzeczą jasną i nie budzącą wątpliwości, że Internet nie podlega żadnej rejestracji – jak to zresztą stwierdzono w uzasadnieniu Sądu Rejonowego. Internet jest tylko środkiem przekazu podobnie jak ryza papieru. Papieru jako takiego nikt nie może rejestrować, natomiast rejestracji podlega papier zadrukowany a w zasadzie nie sam papier a tylko działalność polegająca na zadrukowywaniu papieru i wydawaniu go w formie dziennika bądź czasopisma − a więc prasy. Internet jest środkiem przekazu, za jego pośrednictwem wymienia się korespondencję, podobnie jak przekazuje się korespondencję w formie pisemnej na papierze. Przekaz korespondencji w Internecie nie podlega rejestracji, natomiast wydawanie w formie elektronicznej prasy dostępnej w Internecie musi być rejestrowane. Stanowisko zarówno Sądu Okręgowego jak i wcześniej Rejonowego, co do tego, że „brak jest w prawie prasowym postanowień, które nie tylko wprost odnosiłyby się do Internetu i brak jest też tam i takich normatywnych podstaw lub instytucji czy rozwiązań, które mogły by być, choć „wycinkowo” zastosowane do Internetu” (s. 601) – jest błędne i zasadza się na nieodczytaniu treści art.7 ust.2 pkt.1 pr.pr. W przepisie tym stwierdzono bowiem jednoznacznie, że prasą są wszelkie nie tylko istniejące, ale i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania oczywiście pod warunkiem, że rozpowszechniają takie publikacje periodyczne, które ustawodawca traktuje jako prasę. W tej sytuacji, jak stwierdzono w przywołanych poglądach doktryny, prasą są także publikacje rozpowszechniane za pomocą Internetu. Przekazy periodyczne rozpowszechniane za pośrednictwem Internetu mogą mieć postać dzienników bądź czasopism, w zależności od interwału ukazywania się. W tej sytuacji także pogląd Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie zawarty w uzasadnieniu postanowienia z dnia 25 maja 2005 r., w sprawie o rejestrację czasopisma okazuje się błędny, gdyż oparty jest na błędnej przesłance, że w Internecie nie mogą pojawiać się dzienniki i czasopisma. Błędność tego poglądu miała swoje źródło w nieprecyzyjnym sformułowaniu wniosku o rejestrację, w którym domagano się rejestracji „wydawnictwa prowadzonego w formie witryny internetowej”.

Warto zauważyć, że rejestracja dzienników i czasopism ma na celu ochronę odbiorcy, który winien mieć pewność, że tytuł prasowy, którego jest odbiorcą jest tym tytułem, który pragnie nabyć lub, z którego treścią pragnie się zapoznać oraz niedopuszczenie na rynek do obiegu tytułów prasowych, których rejestracja stanowiłaby naruszenie prawa do ochrony nazwy istniejącego już tytułu prasowego – a więc ochrona przed nieuczciwą konkurencją. Ochrona ta w równym stopniu dotyczy prasy drukowanej ,jak i tej która rozpowszechniana jest za pomocą Internetu.

W tej sytuacji należy stwierdzić, iż osoba rozpowszechniająca bez rejestracji w właściwym sądzie okręgowym dziennik bądź czasopismo za pośrednictwem Internetu zarówno wówczas, gdy przekaz taki towarzyszy przekazowi utrwalonemu na papierze, stanowiąc inną elektroniczną jego postać, jak i wówczas gdy istnieje tylko w formie elektronicznej w Internecie wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 45 ustawy prawo prasowe. Wypada zauważyć, że podmiot taki ma także obowiązek wskazać nazwę i adres wydawcy, imię i nazwisko redaktora naczelnego. Z natury rzeczy nie jest konieczne – dla przekazów Internetowych wskazywanie miejsca wydania oraz międzynarodowego znaku informacyjnego. Takim międzynarodowym znakiem informacyjnym jest International Standard Serial Number (ISSN) – gdyż dotyczy on jedynie wydawnictw wydawanych drukiem (nadawanie numerów ISSN powierzono Bibliotece Narodowej, która porządkuje krajowy rynek wydawnictw drukowanych, rejestrując i katalogując poszczególne tytuły druków periodycznych).

Zgodzić się należy ze stanowiskiem Prokuratora zawartym w uzasadnieniu kasacji, że bezpodstawne jest stanowisko Sądu Okręgowego co do tego, że modyfikując zarzuty aktu oskarżenia najpierw Prokurator przed Sądem Rejonowym a potem Sąd Rejonowy w wyroku dopuścił się obrazy przepisu art. 398 § 1 k.p.k. Jak trafnie wskazano w literaturze, nie można mówić o nowym czynie jeżeli materiał zaprezentowany w toku rozprawy wskazuje na nowe elementy uzupełniające lub zawężające dotychczasowe ustalenia albo nowe fakty wchodzą w miejsce dotychczasowych lub korygują dotychczasowe sądy o faktach. Może, więc ulegać zmianie opis czynu, gdyż Sąd nie jest związany opisem, ani oceną prawną czynu, dokonaną przez oskarżyciela, nie jest także nowym czynem dokonanie modyfikacji ustaleń faktycznych i ocen prawnych (zob. R.A. Stefański w: Kodeks postępowania karnego. Komentarz red. Z. Gostyński, t. II wyd. 2 Warszawa 2004, s. 754−755). Mając na uwadze powyższe rozważanie sposób też nie przyjąć, aby Sąd naruszył dyspozycję art. 14 §1 w związku z art. 17 §1 pkt. 9 k.p.k. Na marginesie wypada zauważyć, że z zebranego materiału dowodowego wynika jednoznacznie, że oskarżeni nie wydawali prasy (ani dzienników ani czasopism) w formie drukowanej. Egzemplarze drukowane dołączone do akt sprawy to jedynie wydruki tekstów poszczególnych numerów zamieszczonych przez oskarżonych w Internecie.

Podnieść na koniec należy, że w demokratycznym państwie prawnym, jakim z mocy artykułu 2 Konstytucji jest Rzeczpospolita Polska, jedną z podstawowych zasad określających stosunki między obywatelem a państwem jest zasada ochrony zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa. Zasada ta opiera się w pierwszym rzędzie na pewności prawa, a więc na takim zespole cech przysługujących prawu, które zapewniają jednostce bezpieczeństwo prawne, które umożliwiają jej decydowanie o swoim postępowaniu w oparciu o znajomość przesłanek działania organów państwowych a także konsekwencji prawnych jakie działania jednostki mogą pociągnąć za sobą. W demokratycznym państwie prawnym jednostka winna mieć możliwość przewidzenia zarówno konsekwencji swoich zachowań, jak i zdarzeń na gruncie obowiązującego w danym momencie stanu prawnego. Bezpieczeństwo prawne jednostki, które jest związane z jednej strony z pewnością prawa, z drugiej zasadza się na przewidywalności działań organów państwa, pozwalając na przewidywanie skutków działań podejmowanych przez takową jednostkę. W przedmiotowej sprawie Prokurator wywodząc kasację od wyroku Sądu Okręgowego w Przemyślu z dnia 6 lutego 2007 roku (sygn. akt. II Ka 34/07) w sposób jednoznaczny uderzał w podstawy zasady zaufania obywatela do państwa. Domagał się bowiem uchylenia zaskarżonego kasacją wyroku, którym uniewinniono oskarżonych od postawionych im zarzutów wydawania czasopisma internetowego bez wymaganej rejestracji i bez wskazania w widocznym i zwyczajowo przyjętym miejscu tzw. immpresum czyli nazwy i adresu redakcji, imienia i nazwiska redaktora naczelnego oraz międzynarodowego znaku informacyjnego – w sytuacji gdy co najmniej od 17 marca 2005 r, kiedy to postanowieniem Sądu Okręgowego w Krośnie (I Ns. Rej. Pr. 3/05) oddalono wniosek Zdzisława R. o wpis do rejestru pism i czasopism czasopisma internetowego oskarżeni w tej sprawie mogli być przekonani, iż wydawanie w Internecie dziennika bądź czasopisma nie wymaga zezwolenia. Należy zauważyć, iż postanowienie to na skutek apelacji wnioskodawcy zostało utrzymane w mocy postanowieniem Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie z dnia 25 maja 2005 r. (I ACa 277/05). Dodać wypada, iż wspomniane postanowienia zostały wydane przed wyrokiem Sądu pierwszej instancji w niniejszej sprawie. Mimo, że nie ulega wątpliwości, że wspomniane postanowienia zarówno Sądu Okręgowego, jak i następnie Sądu Apelacyjnego, odmawiające rejestracji czasopisma wydawanego w formie elektronicznej tj. w Internecie zasadzały się na błędnej wykładni przepisów ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe (Dz. U. 1984 Nr 5, poz. 24 z późn. zm.) oraz na niezrozumieniu stanowiska judykatury oraz całkowitym pominięciu poglądów doktryny – to jednak stanowiły dla oskarżonych w tej sprawie jednoznaczny sygnał co do stanowiska organów państwa w żywotnych dla nich sprawach, takich, za które przyszło im odpowiadać w sprawach karnych.

Warto zauważyć, iż Prokurator co najmniej od momentu wniesienia i popierania kasacji przed Sądem Najwyższym godził swoimi zasadami procesowymi w zasadę ochrony zaufania obywatela do państwa i prawa określanym także w literaturze i orzecznictwie jako zasada lojalności państwa wobec obywatela. Podkreślenia wymaga, że zasada ta wyraża się zarówno w takim stanowieniu jak i stosowaniu prawa, aby nie stawało się ono swoistą „pułapką” dla obywatela i aby mógł on układać swoje sprawy w zaufaniu, iż nie naraża się na prawne skutki, których nie mógł przewidzieć w momencie podejmowania decyzji oraz w przekonaniu iż jego działania podejmowane zgodnie z obowiązującym prawem i zgodnie z wykładnią stosowaną przez organy tego państwa są zgodne z porządkiem prawnym. Stanowisko takie wielokrotnie wyraził Sąd Najwyższy wprawdzie w orzecznictwie ówczesnej Izby Pracy (I P.R. 1/91 oraz I PRN 34/91), jak i później Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniach: z 2 marca 1993 r. (K 9/93), 24 maja 1994r. (K. 1/94) oraz w uzasadnieniach wyroków z dnia 14 czerwca 2000 (P. 3/00) oraz 7 lutego 2001 (K. 27/00). Poglądy takie prezentowano także w doktrynie por. S. Wronkowska Zmiany w systemie prawnym, PiP 1991, z.8, s. 8 i n.; Z. Tabor Teoretyczne problemy legalności, Katowice 1998, s. 65 i n. Sąd Najwyższy w niniejszej sprawie stanowiska te podziela stwierdzając, że konstytucyjna zasada lojalności państwa wobec obywatela wyraża się m.in. w takim stanowieniu i stosowaniu

Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe. Tekst ujednolicony
(format .pdf)

piątek, 17 sierpnia 2007

"Jasminum" - recenzja filmu

0 komentarzy
Charakter filmów J.J Kolskiego jest zazwyczaj wyjątkowy. W Jaśminowie i jego świecie zapachów ich wonie przeplatają się z brudem tego świata. A mimo to króluje ład i co najistotniejsze harmonia z naturą.

Niechlujni mnisi zamieszkujący każdy osobną celę, tylko z sobie znanych powodów osiedli w zamkniętym zakonie. Pieczę nad tym wszystkim sprawuje brat Zdrówko. Dba on zarówno o ludzi i zwierzęta, które to możemy obserwować z prawdziwą pieczołowitością niczym w filmie botanicznym.

Ta symbioza człowieka z przyrodą tak częsta w obrazach Kolskiego przekonuje o jej siłach nadprzyrodzonych.

A wracając do spraw przyziemnych: pewnego dnia tą sielankę zakłóca przyjazd konserwatorki sztuki wraz z córką Eugenią. Ta z pozoru nic nie znacząca wizyta odmienia spokojne życie zakonników. Jednym pomaga się otworzyć, bo kontakt z dzieckiem wymaga wysiłku i cierpliwości u innych przywołuje wspomnienia i tęsknoty.

To inny niż większość, magiczny, wyciszający. Akcja toczy się własnym tempem jakby rytmem natury. Nie dziwi brak dynamizmu, ale tym samym zaskakuje, nie tylko zakończeniem.

Obsada:

Adam Ferency Ojciec Kleofas, Grażyna Błęcka-Kolska Natasza, Cezary Łukaszewicz Młody brat Czeremcha, Krzysztof Globisz Burmistrz , Janusz Gajos Brat Zdrówko, Franciszek Pieczka Święty Roch

"Dom nad jeziorem" recenzja filmu

2 komentarzy
Gdyby czas udało się zatrzymać lub cofnąć…byłoby prościej. Można jednak, jak się okazuje, odwrócić bieg historii, stanąć przeznaczeniu na drodze lub pomieszać losowi szyki.

Bohaterowie - mieszkańcy tytułowego domu nad jeziorem zamieszkiwali ten sam domek, ale w zupełnie innym czasie. Tym co ich połączyło i dzięki czemu nawiązali kontakt jest magiczna skrzynka na listy. Tam zaczyna się ich romantyczna gra, wymiana myśli i rodzi się uczucie.

To opowieść o przeznaczeniu, ale nie odgórnym gdzieś wysoko zapisanym w gwiazdach, ale o przeznaczeniu i przynależności sobie dwojga ludzi, którzy powinni się spotkać by siebie wzajemnie uszczęśliwić.

Retrospekcje i zakłócenia chronologii wprowadzają nieco niepewności i zamieszania, ale całość finalnie wydaje się spójna i pomysłowa. Co prawda nie równa się oryginałowi, bowiem jest to amerykańska wersja koreańskiego przeboju kinowego "Siworae", którego tytuł międzynarodowy brzmiał "Il Mare", ale film wart jest obejrzenia, choćby ze względu na obsadę;

Keanu Reeves : Alex Wyler

Sandra Bullock : Kate Forster

Christopher Plummer : Simon Wyler

Ebon Moss-Bachrach : Henry Wyler

Willeke van Ammelrooy : Matka Kate

Produkcja USA, 2006

czwartek, 16 sierpnia 2007

Orange wprowadza w błąd internautów

5 komentarzy
Orange wprowadza w błąd swoich klientów na swoich stronach internetowych. Użytkownicy tracą na tym pieniądze, bez możliwości zwrotu.

Winny temu jest program profit. Orange zachęca swoich klientów do zbierania punktów profit, które potem użytkownicy mogą zamieniać na nagrody, m.in. można je wymienić na darmowe doładowanie. Aby wymienić punkty na doładowanie na swoim koncie należy zgromadzić odpowiednią ilość punktów, a potem wysłać sms z odpowiednią komendą pod odpowiedni numer podany na stronach Orange.pl Koszt wysłania takiego smsa to 1,22 zł.



Później operator informuje nas smsem, że „Zamowienie na doładowanie numeru xxx-xxx-xxx zostalo przyjęte do realizacji. Masz 10 minut na odwolanie zakupu. Aby anulowac wyslij ANULUJ na 7130 (1,00/1,22 z VAT)."

W kolejnym smsie od operatora otrzymujemy informacje, że wpisaliśmy: „Bledna komenda. Zamowienie nie może być zrealizowane informacje o komendach i saldzie konta w programie Profit znajdziesz na www.orange.pl i pod nr. 510 300 300”

Dzwoniąc pod ten numer dowiedziałem się, że strona internetowa jest w modernizacji. Oraz, że komendy sms dla planów taryfowych są różne, a ten który znalazłem na ich stronach www tyczy się planów Idea POP, Nowy POP, Idea MIX, Nowy Mix dla Firm, Orange Go, Twój Mix, Twój E-Mix, Firma Mix.

Ja korzystam z usługi „Jedna idea” i komendy dla tej usługi różnią się od innych. Strona internetowa Orange, nie jest łatwa w nawigacji. Dodatkowym utrudnieniem dla użytkownika jest fakt, że musi się bardzo dobrze orientować w planach taryfowych, przeciwnym razie wywoła u niego to flustracje i wrażenie, że jest oszukiwany.

Przez błędną nawigację straciłem 1,22 zł. Dla zainteresowanych podaje adres: http://www.orange.pl/portal/map/map/profit_servicesdet?id=1470110

środa, 18 lipca 2007

Przychodzi Edyta do Kuby

0 komentarzy
Edyta Górniak w czasie wizyty w popularnym programie Kuby Wojewódzkiego odsłoniła szczegóły walki z tabloidami, która toczyła się niemal przez cały okres jej ciąży. Oprócz trudów stanu błogosławionego (ciąża bowiem była zagrożona) musiała znosić i wspólnie z mężem stawiać czoła wszędobylskiej obecności paparazzi.

Jak twierdzi czuła się zaszczuta, co zmusiło ją do wycofania się z życia publicznego, to jednak nie zniechęciło i nie uciszyło zainteresowania jej osobą.

Aniołek polskiej sceny pop pokazał rogi w liście do dziennikarzy. Po parokrotnych prośbach i próbach załagodzenia sytuacji zdecydowała się ona wreszcie na ostre słowa w ich kierunku. Wreszcie, bo i tak chyba za dużo zniosła i za długo zwlekała próbując oszczędzić i chronić swoją prywatność i rodzinę.

W tym czasie jak każda kobieta powinna być otoczona szczególną troską i opieką. Ale jeśli są ludzie, którzy nie potrafią tego uszanować czy pojąć…należy walczyć z nimi ich własną bronią. Agresja jak wiadomo rodzi agresje.



Mucha w Chinach

0 komentarzy
Po filmowych rolach, a ostatnio byciu dziewczyną Kuby Wojewódzkiego Ania Mucha ruszyła na podbój świata. Goszcząc z w satyrycznym programie Szymona Majewskiego z entuzjazmem opowiadała o swojej podróży do Chin.

Co ciekawe sama była chyba bardziej rozbawiona tymi wspominkami niż na rozrywkową owa podróż wyglądała. Tym bardziej, że szybko zabrakło jej pieniędzy na jej przedłużenie i kontynuację.

W związku z czym korzystała z zaproszeń, gościnności i niedwuznacznych propozycji ledwo poznanych osób. Szczególnie ciepło wspominała pewnego Anglika, który po 15 min. znajomości zaproponował jej u siebie nocleg.

Szymon zdążył jedynie zażartować, że aż dziw bierze, iż nie doczekała się pomocy od swego partnera, który aktualnie spłaca porsche. Mucha skwitowała to jedynie kolejnym kokieteryjnym uśmiechem.




Wpadki Magdy M.

0 komentarzy
Joanna Brodzik być może lepiej rozpoznawalna jako Magda M. w jednym z programów TV zdradziła kulisy serialu, którego była główną bohaterką.

Trzy kolejne wątki pokazują jak wraz z Pawłem Małaszyńskim nie uchronili się od gaf i wpadek na planie. Takich zabawnych sytuacji było mnóstwo. Najpierw grany przez Małaszyńskiego narzeczony Magdy w romantycznej scenie w łóżku ma skurcz w łydkę, inna z kolei obrazek pokazuje jak wpada do kąpiącej się w wannie Magdy, a woda okazuje się być za…gorąca.

Grani przez ostatnie dwa lata bohaterowie zyskali niebywałą sympatię widzów, a aktorzy sławę i popularność. Urośli do miana idoli pokolenia 20 – 30 latków. Sam serial miał bardzo zróżnicowaną publiczność. Wiele osób utożsamiało się z granymi przez nich postaciami. Jednak jak to zwykle bywa i oni popełniają błędy, są zwykłymi ludźmi, czego dowodzą właśnie scenki z planu.

Gwiazda czyni dygresje, trafne uwagi, komentuje i wspomina zdarzenia z okresu pracy nad serialem. Wyczuwamy lekką ironię i dystans do siebie samej, okraszony również sporą dawką humoru. Tym bardziej to miłe, że nam Polakom nie łatwo śmiać się z samych siebie.

środa, 4 lipca 2007

Dziennikarstwo misja czy zawód?

2 komentarzy
Misyjność zawodu dziennikarskiego w dzisiejszych czasach jest często spychana na drugi plan. Dzieje się tak dlatego, że media zostały obwołane tzw. 'czwartą władzą'. Najczęściej tak o mediach mówią politycy, którzy nieraz próbują się wytłumaczyć używając takich słów. Z siły 'czwartej władzy' korzystają reklamodawcy, którzy próbują sprzedać swój produkt lub usługę. Do 'czwartej władzy' przyciąga rzeczników prasowych, z angielskiego zwani piarowcami, woń jak lep na muchy. Wszystkim tym grupom opierają się doświadczeni dziennikarze. Nie mają jednak szans w starciu z wydawcami, którzy są ich pracodawcami. O nich dziennikarze mówią, że załatwiają swoje interesy przy pomocy ich rąk, a raczej słów wypowiadanych w telewizji, radiu, czy 'przelewanych' na łamy gazet. Aby wogóle zacząć rozważania o misyjności zawodu dziennikarza należałoby postawić wniosek, co trzeba by zrobić, aby umożliwić dziennikarzom nie tylko swobodne wykonywanie zawodu, ale również swojej misji. Jedynym rozwiązaniem wydaje się, stworzenie silnej korporacji dziennikarskiej, która dbałaby o interesy dziennikarzy przeciwstawiającej się woli polityków, wydawców i reklamie, która dziś mocno krępuje zawód dziennikarza oraz jego misyjność.

Wiele osób uważa że czasy misyjnego dziennikarstwa dawno się skończyły. Twierdzą oni, że dziennikarstwo jest zawodem jak każdy inny. Dziennikarza cechują umiejętność zdobywania informacji, umiejętność wyciągania przejrzyście faktów, oraz takiej techniki pisania aby informacje zebrane i wybrane były łatwe do przyswojenia przez odbiorcę. A zatem, czym jest dzisiaj dziennikarstwo? Zawodem czy powołaniem, misją czy rzemiosłem? Jeśli zawodem to jakiego rodzaju? Co go wyróżnia na tle innych profesji?

Zbigniew Bajka medioznawca z UJ: W Polsce zawód dziennikarza jest zawodem otwartym. Odmiennie, niż w wielu krajach Europy, dostęp do dziennikarstwa w Polsce mają ludzie o różnym wykształceniu, ale co najbardziej istotne każdy z nich może nazwać się dziennikarzem i być za takiego uznany, kiedy tylko wykonuje coś co może wyglądać na robotę dziennikarską. – Zbigniew Bajka pisał na swoim blogu.

W myśl prawa prasowego (art. 7 ust. 5 Ustawy o Prawie Prasowym z dnia 26 stycznia 1984) dziennikarzem jest każda osoba zajmująca się redagowaniem tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją, albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji. Zbigniew Bajka, opisuje kondycje wynikającą z otwartości zawodu - Trzeba jednak pamiętać, że dzisiejsza kondycja zawodu i sytuacja dziennikarzy jest pochodną wielu czynników: sposobów kształcenia dziennikarzy i wchodzenia do tego zawodu, ale w znacznym stopniu wiąże się z brakiem unormowań prawnych dotyczących dziennikarskiej profesji w naszym kraju oraz relacji między dziennikarzami i ich pracodawcami. Jest coś takiego, jak psucie zawodu, są bowiem u nas dziennikarze, którzy w wielu krajach zostaliby szybko odesłani poza nawias tej profesji. Mamy w Polsce kilka różnych kodeksów etycznych dziennikarskich, a zarazem wiele przykładów notorycznego ich łamania. Nie piszę tego, aby bronić siebie i kolegów kształcących przyszłych dziennikarzy, sporo znanych mi przykładów łamania tych zasad, dotyczy ludzi, którzy studiów takich nie kończyli, ale też, na bakier z etyką zawodową, bywają także absolwenci studiów dziennikarskich. – pisał Pan Zbigniew Bajka. Wiele osób mówi, że tak powinno zostać gdyż, ci którzy nie mają "żyłki dziennikarskiej" prędzej czy później wypadną z tego zawodu. Są przykłady ludzi z taką żyłką jak np. Monika Olejnik która interesowała się zoologią, a Ryszard Kapuściński będący historykiem z wykształcenia. Profesjonalizm reporterski Ryszarda Kapuścińskiego doceniony został przez wiele zagranicznych mediów, a dociekliwość Moniki Olejnik oglądać i słuchać możemy w kolejnym już jej programie. Spór o to czy dziennikarstwo powinno być zawodem otwartym toczy się od początku istnienia zawodu dziennikarza czyli XIX w. Wiele osób mówi, że tak powinno zostać gdyż, ci którzy nie mają „żyłki dziennikarskiej” prędzej czy później wypadną z tego zawodu. Ludzie wypowiadający te słowa nie zastanawiają się jednak nad prestiżem zawodu dziennikarza, którzy ludzie opisani prze zemnie powyżej skutecznie obniżają. Ja postawię tylko jedno pytanie: ile osób skrzywdzą zanim ktoś dostrzeże nie profesjonalizm czy nieetyczność działań takich pseudo dziennikarzy?

Otwartość tego zawodu niesie za sobą, to że dziennikarstwo zaczynają uprawiać osoby zaangażowane politycznie, ale co gorsza osoby te uzewnętrzniają swój pogląd w przygotowywanych przez siebie materiałach. Politycy często rzucają słowne oskarżenia o nieobiektywność poszczególnych dziennikarzy, stacji radiowych czy telewizyjnych, jak i tytułów prasowych. Właściwie ciężko uciec od posądzenia przez jedną ze stron czy informacja jest obiektywna czy nie. Wynika to z bezpośredniego zaangażowania wielu pseudo dziennikarzy pozbawionego moralnego kręgosłupa w pomoc politykom na różnych szczeblach. Wynika ta sytuacja również z tego, że politycy uzależnili od siebie media publiczne (radio, telewizja). Skoro dziennikarze opozycji mogą zarzucić nieobiektywność mediów publicznych to rządząca ekipa może takie same oskarżenia kierować w stronę mediów komercyjnych. Prezes telewizji czy radia publicznego, który urzęduje dzięki nominacji partii rządzącej decyduje, kto będzie prezentował swoje materiały a kto nie. Z tego wynika również, fakt kto będzie miał pracę, a kto nie. Rynek mediów jest raczej nasycony, więc o nową pracę niełatwo, nawet dziennikarzowi z dużym doświadczeniem. Dziennikarze oczywiście mogą i powinni głośno o tym mówić. Warto jednak pamiętać, że często mają do stracenia najwięcej. Zawsze przecież można zastąpić ich kimś, kto nie będzie sprawiał kłopotów. Odbiorcy mediów, którzy są zainteresowani sprawami publicznymi, i śledzą informacje przygotowane przez dziennikarzy oczekują od nich przede wszystkim traktowania pracy w zawodzie jako pełnienia pewnego rodzaju służby społecznej. To właśnie ci ludzie doceniają misję dziennikarską czyli dawanie świadectwa prawdzie. Niestety dziś czytelnik czuje się często zagubiony. Nie ma czasu śledzić informacji z kilku mediów, aby porównać materiał przez nich zebrany i wyrobić sobie zdanie. Ludzie zaczynają powtarzać stereotypy wypisywane przez nieobiektywnych dziennikarzy bądź tracą zainteresowanie polityką ponieważ nie umieją się w tych wszystkich wydarzeniach odnaleźć. Im mniejszy jest stopień zainteresowania polityką, tym częstsze ludzie mówią, że zawód ten jest taką pracą jak każda inna.

Praca ta polega na zdobywaniu informacji. Jest to podstawą, a rzec można fundamentem nie do ruszenia. Na tym fundamencie, żerują niektóre media. W ostatnich latach w Polsce pojawiły się dzienniki potocznie i fachowo zwane tabloidami. Z łam tych gazet epatuje „tania” sensacja. Chodzi o to, żeby przelicytować konkurenta. Informacje podawane przez te gazety odwołują się do najniższych gustów czytelniczych. Wśród ich odbiorców mają wywołać określone emocje, dzięki informacjom przesyconym tanią sensacją, dosadnym populistycznym tytułom oraz zdjęciom zawierającym drastyczne sceny, nierzadko przesycone erotyką. Taką gazetą w Polsce jest Fakt, któremu dwa razy z rzędu przyznano tytuł „Hieny roku”. Tytuł ten jest przyznawany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, dziennikarzowi bądź redakcji która wykazała się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem etyki dziennikarskiej. W 2004r. Fakt taki tytuł dostał za umieszczenie zdjęcia rozebranych do naga przez policję zwłok zamordowanego człowieka. Za brak szacunku dla ludzkiej tragedii. Rok później powtórzył „sukces” i ponownie dostał ten tytuł za umieszczenie zdjęcia niewinnego człowieka z podpisem 'Ten zboczeniec jest na wolności'. Jednak należy pamiętać, że wśród dzienników ogólnopolskich Fakt jest najlepiej sprzedającą się gazetą w Polsce. Należy postawić pytanie, czy w Fakcie pracują właśnie tacy pseudo dziennikarze, czy raczej taki efekt ich pracy wynika z linii programowej wydawcy. Niektórym wydawcom bowiem zależy na tym by ich pismo po prostu się sprzedawało, tak aby mogli jak najwięcej sprzedać reklam. I w tym miejscu dochodzimy do kolejnej bolączki dziennikarstwa. Media nie utrzymałyby się bez reklamodawców. Plusem komercjalizacji mediów jest to, że większość z nich uniezależniła się od władz. Jednakże jest również wielkim jej minusem – silna pogoń za zyskiem. Kiedyś istniało pojęcie krypto reklamy, czy reklamy ukrytej. Obecnie poziom etyki zszedł tak nisko, że już nikt się nie bawi w krypto reklamę. Jawna reklama jako tekst czy program dziennikarski jest widoczna na każdym kroku. A jeżeli za reklamowanie czegoś ktoś płaci, to wiadomo, że wymaga określonego produktu medialnego, więc o obiektywność trudno mówić. A właśnie obiektywizm i dążenie do dawania świadectwa prawdzie są założeniami zawodu dziennikarskiego, jego misją. O obiektywizm bardzo trudno walczyć. Przede wszystkim w czasach gdy na rynku polskim rośnie silna nowa branża zwana Public Relations, z polskiego zwaną też branżą rzeczników prasowych. Zadaniem przedstawicieli tej branży jest dotarcie z właściwą informacją do właściwego odbiorcy, we właściwym momencie po to aby uzyskać pożądany efekt. Takim efektem ma być takie przedstawienie pracodawcy rzecznika prasowego w mediach, aby przyniosło mu to prestiż a poniekąd sprzedaż swoich produktów bądź inny niemierzalny zysk. Rzecznicy prasowi nie ustają więc w próbach dotarcia do mediów z informacjami korzystnymi dla wizerunku ich pracodawców. Wysyłają, bądź podsyłają na konferencjach, dziennikarzom tak zwane informacje prasowe. Nie ma nic złego w pomocy dziennikarzom w zbieraniu informacji. Problem pojawia się jednak, gdy dziennikarze z chęci zysku zaczynają podpisywać takie informacje własnym nazwiskiem. W praktyce stosowane jest również przeredagowywanie informacji prasowej tak aby zawierały te same myśli, tezy i informacje jednak napisane innymi słowami. Prowadzi to niestety do zniekształcenia obiektywizmu dziennikarskiego. Jednak jeszcze nie to jest najgorsze. W ostatnich latach pojawiła się druga strona Public Relations, tzw. czarny PR. Jest to forma antyreklamy bądź negatywnej kampanii skierowanej przeciw konkurentowi pracodawcy rzecznika prasowego. Stosuje się do tego celu m.in. przecieki prasowe (prawdziwe lub prawdopodobne) które przedstawiają przeciwnika w niekorzystnym świetle. Dla niektórych dziennikarzy jest to prosty sposób na szybkie wybicie się ciekawym, sensacyjnym tematem. Wielu z nich nie zdaje sobie jednak sprawy, że to działanie krótkowzroczne. Jeden temat uczyni tych dziennikarzy na chwilę „gwiazdkami”, jednak co dalej pokażą? Czy praca na skróty pomoże w ich przyszłej karierze? Nie sądze, gdyż skoro raz nie potrafili zdobyć takiego tematu uciekając się do pomocy „życzliwych” rzeczników prasowych, to później również tego nie będą potrafić.

Dobre i złe dziennikarstwo można odróżnić łatwo – w dobrym dziennikarstwie oprócz opisu wydarzenia znajduje się również wytłumaczenie jego przyczyn. W złym dziennikarstwie istnieje sam opis, bez żadnych związków czy odniesień do kontekstu historycznego – relacja z nagiego wydarzenia, z której nie dowiemy się ani o jego przyczynach, ani o tym co je poprzedziło. – pisał Ryszard Kapuściński.

Co roku od 1997r. najlepszym dziennikarzom miesięcznik Press przyznaje nagrodę Grand Press. Nagroda ta jest przyznawana za wybitne walory warsztatowe, znaczenie materiału dla opinii publicznej, ciekawy indywidualny charakter materiału oraz za zachowanie standardów etycznych dziennikarstwa. Ludze nagrodzeni, a jest ich ponad pięćdziesięciu są przykładem, że można połączyć zawód z misyjnością. Misja dziennikarska to zdobywanie takich informacji, które poruszą tysiące, a nawet miliony. Do czego poruszą? Do poszerzenia swojej wiedzy o danym temacie, lub do wyrobienia sobie opinii, bądź jej zmiany. Misyjność to nie omijanie tematów trudnych, wymagających większej pracy, wysiłku. Misyjność polega na tym, żeby nie tylko patrzeć wokoło siebie, ale również widzieć i reagować. Misja w tym zawodzie jest możliwa, choć w praktyce trudna. Wszystkim kolegom po fachu, życzę powodzenia!

środa, 9 maja 2007

Poznaj charakter swojego samochodu

0 komentarzy
W samochodach sportowych obrotomierz jest ważniejszy od prędkościomierza. Najczęściej kierowcy rajdowi mają zamontowany obrotomierz wprost przed swoimi oczami. Dzięki temu zawodnik wie kiedy ma zmienić bieg, aby w pełni wykorzystywać moc silnika. Kiedyś obrotomierze montowane były tylko w sportowych modelach samochodów. Dziś rzadko się zdarza, by nowy samochód seryjny nie był w niego wyposażony. Tylko nieliczni kierowcy wykorzystują jego wskazania w sposób właściwy.

W prospektach reklamowych samochodów można znaleźć takie wartości, jak moc maksymalną i maksymalny moment obrotowy silnika. Większość kierowców zwraca uwagę na moc samochodu, bo jest ona dla nich wyznacznikiem szybkości samochodu. To nie do końca jest prawdą. Równie ważnym parametrem jest wartość momentu obrotowego silnika. Im wyższy moment obrotowy silnika, tym bardziej samochód będzie przyspieszał. Jednak dopiero wykres mocy i momentu obrotowego da nam w pełni odpowiedź, jak wykorzystywać sprawnie moc silnika przy jego obrotach, dlatego wartości mocy i momentu producenci podają w swoich folderach.
– Wskazania z obrotomierza nie przydają się do niczego, jeżeli nie będziemy znali charakterystyki silnika – wyjaśnia Andrzej Godula, kierowca wyścigowy, będący właścicielem jednej z najbardziej renomowanych firm tuningowych w Polsce. Zgodził się wyjaśnić nam niuanse techniczne, potrzebne do sprawnego korzystania ze wskazań obrotomierza.
– Teoretycznie moc maksymalna i maksymalny moment obrotowy silnika już nas przybliża do wartości, które nas interesują. Jednak dopiero znając charakterystykę silnika możemy korzystać ze wskazań obrotomierza. Wtedy, jeśli chodzi o jazdę sportową, należy poruszać się w zakresie obrotów, które dają maksymalną moc – wyjaśnia pan Andrzej. – Teoria mówi, że należy się poruszać w zakresie między mocą maksymalną a momentem maksymalnym.

Chodzi po prostu o to, żeby dążyć do zmiany biegów tak, aby po osiągnięciu momentu obrotów w którym nasz silnik dysponuje maksymalną mocą, trafić dokładnie w zakres obrotów, gdzie występuje maksymalny moment obrotowy.
– Na każdym biegu trzeba rozpędzić się do takiej prędkości, żeby po zmianie na następny, moc była mniej więcej taka sama, jak przed zmianą biegów.

W wyczynowych samochodach stosuje się specjalną kontrolkę informującą o konieczności zmiany biegów. W samochodach seryjnych kierowcy stosują wybieg, zaznaczając na tarczy obrotomierza zakres obrotów, w których należy się poruszać.

Obrotomierz nie jest niezbędny w samochodzie, ale poznając charakterystykę silnika możemy usprawnić swoją jazdę albo znacząco obniżyć zużycie paliwa. Aby zaoszczędzić wystarczy jeździć bardzo płynnie i spokojnie. Należy zwracać uwagę na to, aby wskazówka obrotomierza nie poruszała się zbyt szybko i aby nie "skakała" wtedy, gdy kładziemy lub zdejmujemy nogę z gazu. Charakterystykę swojego silnika możemy znaleźć czasami przy testach w czasopismach motoryzacyjnych, bądź na stronach internetowych producenta. Warto wtedy zwrócić uwagę na trzy wartości. Przebieg momentu obrotowego i przy jakich parametrach ma najwyższą wartość. Przy jakich obrotach pojawia się moc maksymalna samochodu. W jakich wartościach przecinają się wykresy mocy i momentu obrotowego.

Opublikowano również w serwisie wiadomosci24.pl

środa, 11 kwietnia 2007

"Eragon"-recenzja filmu

0 komentarzy
Książka a film...jak to zazwyczaj z tym drugim bywa wielokrotnie gorszy. Tak niestety i tym razem. Tym bardziej, że to co najcenniejsze, magiczne i owiane tajemnicą, w "Eragonie" podane jest niemal jak kawa na ławę. Pominięto kluczowe wątki mogące zbudować napięcie, którego z pewnością temu filmowi brak. Spłycono całą historię do pojawienia się niczego nieświadomego tytułowego bohatera, znalezienia i wyklucia się z jaja- Saphiry, ich raczej mało "przygodowej" podróży oraz końcowej walki w obronie jednego z ludów i ogłoszenia Eragona bohaterem. Produkcje fantasty mają do siebie to, że są przesycone efektami specjalnymi, staranie dopracowane technicznie, często nowatorskie. Tu nawet forma nie może wzięć góry nad treścią, bo jej po prostu brak. Obie materie zostały zapomniane, tak jak te odrealnione krainy, postacie, potwory, które zamiast pobudzać wyobraźnie, powodują tęsknotę za książką(o ile ją wcześniej czytaliśmy?a warto:)!!!) i tym czego oczy nie powinny były zobaczyć, wtedy sercu przecież nie byłoby żal. I tak obraz staje się momentami nudnawy, mało dynamiczny, pogubione tempo nie sprzyja rozwojowi akcji. Celowe wycięcie i pominięcie niektórych motywów, z książki nastolatka, który podbił swoją historią o Smoczych Jeźdźcach świat, nie wyszło twórcom filmu na dobre. "Eragon" należy do jednych z najsłabszych obrazów ostatniego sezonu.

czwartek, 5 kwietnia 2007

Ulica marzycieli-recenzja książki Roberta McLiam'a Wilsona.

0 komentarzy

"Ulica marzycieli"- recenzja książki Roberta McLiam'a Wilsona.



"Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości" często od pierwszego zdania i te najbardziej nas urzekają, przenikamy w ich rzeczywistość już od pierwszych stron książki.

Mimo stagnacji i monotonii życia, jakie ukazuje nam autor biegnącego w Ulsterze, na
"Ulicy marzycieli" książkę czyta się płynnie i z zaciekawieniem. Co przyniesie nowy dzień?. Niby jeden podobny do drugiego, z tą różnicą, że w Belfaście, miejscu na ziemi, gdzie trudno o prawdziwy spokój i ciszę.
Fabuła dotyczy młodych mężczyzn zainteresowanych głównie tym, ile mogą jeszcze wypić w pubie, który " był przystanią dla nieudaczników "i nie tylko. Wyjątkiem wśród nich staje się Misiek, przyjaciel Jake'a i zarazem największy łamaga. Realizując wbrew sobie najbardziej utopijne pomysły odnosi sukces finansowy. Wydawałoby się te chore mrzonki niepoprawnego optymisty stają się podstawą dla jego ekonomicznego geniuszu.

Czytelnik może odnajdzie w książce wskazówki jak samemu w żyć i zrealizować "amerykański sen".
Jakby w opozycji to knajpianego obrazka, rytualnych wręcz, codziennych czynności i nawyków bohaterów, tuż obok, za rogiem, wybuchają bomby. Ale w pubach toczy się dalej najnormalniejsze życie towarzyskie. Choć w Belfaście zamachy terrorystyczne są na porządku dziennym, Wilson tworzy postacie ludzi, dla których najważniejsza jest przyjaźń, bez względu czy ktoś jest protestantem, czy katolikiem. Bohater zostając sam na sam ze sobą, przygląda się swojemu życiu i czyni to z lekką nutką ironii. Prowadzi normalne życie; bez patosu, bez patriotycznych uniesień. I nie ma w nim wewnętrznego buntu, lecz afirmacja życia - takim, jakie jest. Czasem potyka się o własne uczucia (nieudane związki z kobietami, poczucie winy z powodu wykonywanej pracy), to boli, bo musi boleć.

Równocześnie od pierwszych stron, najpierw wręcz nienamacalnie i z coraz to większą siłą Wilson przygotowuje czytelnika na drastyczne opisy miejsc zaraz po wybuchu bomb, które są codziennością w Ulsterze. Ukazuje uwarunkowania polityczno-historyczne obecnej sytuacji w Irlandii Północnej;), przeplatając je przy tym własną refleksją. Czyni to w sposób wręcz surowy, sugestywny. Jest to niemal reporterska relacja z miejsca tragedii tuż po wybuchu, jakby oglądana na zdjęciu. Opisy jednakże nie przytłaczają czytelnika. Nie ubarwia ich swoim komentarzem. Nam pozostawia ocenę, czy ma jakiś sens zabijanie ludzi przez grupę religijnych fanatyków, dla której każdy katolik to wróg. W zamachach giną przypadkowi ludzie. A po śmierci najbliższych życie w wielu rodzinach traci sens.

"Ulica marzycieli" to współczesna powieść irlandzkiego pisarza, która wzrusza, rozbawia, pobudza do refleksji nad tym, co w życiu ważne, a co najważniejsze. Nie jest to książka ukazująca zdecydowanie złe lub dobre charaktery, pozwala czytelnikowi na wybór, na opowiedzenie się po którejś ze stron. Traktuje o sprawach jakże poważnych i trudnych dla każdego z nas, ale z poczuciem humoru, co jest jej niekwestionowaną zaletą.
"W prozie Wilsona uderza nadzwyczaj szeroka gama odczuć…tragizm, komedia, realizm, absurd, wnikliwość polityczna..." tak podsumował dzieło R.L Wilsona jeden z recenzentów Times'a, nic dodać nic ująć, bowiem w "Ulicy marzycieli" można faktycznie znaleźć wszystkie te elementy.

wtorek, 3 kwietnia 2007

300 Spartan-recenzja filmu

1 komentarzy

A niebo przykrył cień...;)

Trup ściele gęsto ginąc od nieba strzał, oszczepów i temu podobnej broni starożytnych.

300 Spartan dzielnych, o atletycznej posturze walczy przeciw zdecydowanie wątlejszym Persom. Jest wielka bitwa, oręża, są i potwory, krew i chwała. Jednym słowem obraz batalistyczny.

Wychowani po to by walczyć i ginąć za ojczyznę. Niczym samurajowie życie swe poświęcali za swoich panów, tak oni za ojczyznę.

Zekranizowanie komiksu Franka Millera oddaje jego bajkowy wymiar: "…Frankowi zależało na przedstawieniu czystej esencji Sparty. Nie interesował go realizm i wierność historycznym realiom." I to na pewno nie umknie uwadze wytrawnym znawcom tematu. Ale ponieważ komiks Millera stała się bestsellerem może, a nawet powinien rządzić się swoimi prawami. Twórcy filmu oprócz strony graficznej docenili również współistniejące z nią podpisy. Teksty były tak samo ważne jak rysunki, zachowano ich rytm, a i przy okazji dynamizm kreski. Zimne barwy, wyraziste kontury postaci, zabawa kontrastem i balansowanie kolorem, metodą "kompresji" nadają zarówno postaciom jak i otoczeniu patosu. Nagromadzenie różnych, czasem nowatorskich efektów, choć nie przyćmiewa kultowego Matrixa, można by nazwać starożytną jego odmianą. W tej sferze już dokonał się przełom i trudno pokazać coś nowego, zaskakującego, ale ekipie poniekąd się to udaje. Oto mityczna Sparta i jej obywatele, o niemal niewzruszonej mimice, twardych zasadach, pokazują też ludzkie oblicze jak: Król Leonidas i jego armia o nieprzeciętnej sile, która dodatkowo podkreślana jest przez różne tricki filmowe. Trudno uwierzyć w taką moc i tężyznę fizyczną, jednak czego człowiek nie może tam komputer wykorzysta.

Film ma swoje tempo, którego co jest rzadkością, nie gubi, wyróżnia się swoistą dynamiką; kolejne starcia wojsk, pełne brutalnych ujęć i nieraz wstrząsających widoków nie powodują uczucia odrazy, bo góruje nad nimi właśnie zachowana konwencja baśniowa.

Ważnym, integralnym elementem tego filmu jest ścieżka dźwiękowa, skomponowana specjalnie na jego potrzeby i momentami wyśpiewywana przez irańską piosenkarkę. Wzmacnia ona identyfikacje widza z bohaterami, podkreślając ich poświecenie.

poniedziałek, 2 kwietnia 2007

"Kraina Chichów"-recenzja książki Jonathana Carolla

0 komentarzy

"Kraina Chichów"- recenzja książki Jonathana Carolla.

Tajemnice miasteczka Galen, czyli miejsca akcji powieści Jonathana Carolla okazują się bardzo mroczne..tylko, że nic tego na początku nie zapowiada. Książka to pod wieloma względami realizuje zasadę M.R. Jamesa na historie o duchach. A zasada jest prosta: zacząć spokojnie, w codziennych dekoracjach jakby nigdy nic…Im dalej jednak brniemy, w na pozór prostą fabułę, tym bardziej wyczuwalnym się staje to, że coś jest zdecydowanie nie w porządku, z kolei ten nieład składa się na opowiadanie o sprawach prawie "nie z tej ziemi";).

Mieszanka humoru i horroru nie pozwala ani na chwile znudzić się książką, należy ona do tych czytanych jednym tchem. Elementy sensacyjne budują atmosferę niepewności, by zupełnie rozwiać je na koniec. Nim to jednak nastąpi nasza wyobraźnia ma czas na przyswojenie sobie i swobodna interpretacje tych różnych, niezwykłych zdarzeń.

Zaczyna się klasycznie i niewinnie. Tomasz Abbey, nauczyciel angielskiego, jest fanem twórczości pewnego bajkopisarza, autora właśnie tytułowej "Krainy Chichów". Pewnego dnia spotyka w antykwariacie dziwną dziewczynę, która stanie się odtąd jego miłością i redaktorką biografii mistrza. Para młodych badaczy udaje się do małego miasteczka, gdzie prawie przez całe życie mieszkał ich ulubiony literat. Tomasz poznaje osobiście córkę pisarza - fascynującą Annę, która wykazuje chęć współpracy nad książką na temat jej ojca, chociaż Tomasz nie był pierwszym śmiałkiem, pragnącym zgłębić jego życiorys. Za to jedynym jaki przypadł Annie do gustu.

Całej historii przed przyjazdem do Galem i już na miejscu towarzyszy szereg dziwnych spotkań, ale najbardziej niewiarygodne jest zakończenie. Tomasz podczas wizyty u córki Marshalla Franca, Anny stwierdza: "czytanie książki jest przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem." I tak jest właśnie z "Kraina Chichów", każdy jej rozdział zaskakuje. Autor pisze o pisarzu, ten z kolei o innym. Jest to opowieść o cudzie i grozie tworzenia. Porusza ona problem osiągnięcia artystycznego: czy wielki pisarz jest zarazem wielkim alchemikiem, zdolnym przemienić słowo zapisane na papierze w człowieka "w niebieskim kapeluszu, który naprawdę staje pod naszymi drzwiami?. "Kraina Chichów" jest lekturą obowiązkową dla miłośników prozy Jonathana Carrolla, a również dla tych, którzy dopiero rozpoczynają z nim czytelniczy flirt. A co tak przyciąga jego fanów i potencjalnych czytelników?. Błyskotliwa fabuła, tajemnica, nieoczekiwane zwroty akcji, bullteriery i oczywiście, świat po "drugiej stronie lustra", który w niczym nie przypomina naszej rzeczywistości.

środa, 28 marca 2007

(; Testosteron okiem męskim

0 komentarzy
Kobiety nie rozumieją mężczyzn. Nie jest to żadną tajemnicą. Ja z kolei nie będę robił tajemnicy z tego, że nie do końca rozumiem film Testosteron. Oglądając go zgubiło mi się jego przesłanie. Nie wiem czy jest to film ukazujący grupę mężczyzn skrzywdzonych bądź krzywdzonych przez kobiety czy też ma na celu ośmieszenie męskiej płci. Tytułowy bohater zostaje porzucony przed ołtarzem przez swoją wybrankę. Czy zdarzyło się wam oglądać podobną scenę wykonaną przez faceta? Mnie nigdy! W żadnym filmie. Niestety kobiety, takie jesteście. Dla ścisłości, to tylko niektóre z was, na szczęście dla nas mężczyzn.

Po pierwszych minutach filmu przypomniało mi się, że sztukę tę napisaną przez Andrzeja Saramowicza czytaliśmy na zajęciach z Kulturowego i Społecznego oddziaływania mediów. Andrzej Saramowicz jest również reżyserem tej lekkiej komedii o męskim spojrzeniu na płeć piękną. W ulotce, która streszczała film można było przeczytać:

W podmiejskim ośrodku weselnym trwają właśnie ostatnie przygotowania do wesela. Kelner Tytus - nieco rozdrażniony, bo przed momentem okazało się, że wkrótce zostanie ojcem - rozkłada na stołach sztućce. Niespodziewanie na dziedziniec wjeżdża z piskiem opon srebrny rolls-royce. Trzej postawni mężczyźni wyciągają z niego pobitego chłopaka i barykadują się w jednej z sal. Gangsterzy? Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niebawem pojawiają się w ośrodku pan młody z obandażowaną głową oraz jego brat Janis. Tytus już wie, że będzie to wesele inne niż zwykle. Nie wie jednak, że najbliższe kilkanaście godzin na zawsze odmieni jego życie.

Faktycznie, nieco a nawet nieco bardziej odmieniło, i to na zawsze. Wasze życie też odmieni. Fabuła, którą inteligentny widz bez kłopotu może odgadnąć, zawiera w sobie częste zaskakujące zmiany akcji, których nie sposób przewidzieć. Montaż filmu jest bardzo dobry. Zobaczymy sceny w zwolnionym tempie, czy wstawki z wspomnień bohaterów wyjaśniające ich dyskusję, i niebanalne animacje jak walący się mur, bądź powrót samochodem z Płońska do ukochanej czy też wybuch bomby atomowej. Wszystko to zostało przeplecione niebanalnymi komentarzami siedmiu bohaterów filmu. Wyartykułowane przez nich zdania będzie powtarzać cała Polska. Szkoda, że znów będą to przekleństwa. Może wcześniejszą tezę o odmianie życia, między bajki włożę?

Siedmiu bohaterów: Janis (Kosiński), Kornel (Adamczyk), Stavros (Stelmaszyk), Tytus (Szyc), Tretyn (Stuhr), Fistak (Karolak) i Robal (Kot) dyskutują nad swoim miejscem w życiu kobiet. Pikanterii dodaje fakt, że dwóch z nich specjalizuje się w biologii. Właśnie tą nauką próbują wyjaśnić zachowanie się kobiet, których mężczyźni nie rozumieją od wieków. Bo jak biologicznie można wytłumaczyć ucieczkę sprzed ołtarza panny młodej w dniu ślubu? Ano właśnie nie można, więc przestawmy się na męski punkt widzenia i pomyślmy zdroworozsądkowo. Żeby nawiać sprzed ołtarza nam potrzebna by była do tego motywacja. Motywacja w postaci korzyści marketingowych bądź finansowych. I takich właśnie samczych zachowań u coraz większej ilości kobiet można cię coraz częściej dopatrywać w naszym życiu codziennym. Kobiety mówią, że to równouprawnienie, a ja mówię im, że powinny urodzić się w odmiennej płci. Żeby świat zachował równowagę kobiety, powinny być kobietami. Jeśli ten trend się nie zmieni, scenki z filmu testosteron będziemy znać z autopsji.


Testosteron:
Rok i kraj produkcji: 2006 / Polska
Czas trwania: 119 minut

Reżyseria: Andrzej Saramonowicz, Tomasz Konecki; Scenariusz: Andrzej Saramonowicz; Zdjęcia: Tomasz Madejski; Muzyka: Misza Hairulin

Obsada: Piotr Adamczyk - Kornel, Borys Szyc - Tytus, Maciej Stuhr - Tretyn, Krzysztof, Stelmaszyk - Stavros, Cezary Kosiński - Janis, Tomasz Karolak - Fistach, Tomasz Kot - Robal

Zobacz też:
Testosteron widziany kobiecym okiem ;)